piątek, 13 kwietnia 2018

Rozdział 9

Ból głowy uderzył nagle, wyrywając Joasię z głębokiego snu. Do tego doszło światło dnia i czyjeś przytłumione głosy. To wszystko sprawiło, że musiała porzucić krainę wiecznej szczęśliwości i powrócić do rzeczywistego świata. Niechętnie przekręciła się na drugi bok. Otworzyła jedne oko, następnie drugie, a potem…
A potem z jej ust wyrwał się zduszony krzyk, bowiem kilka centymetrów od jej twarzy zawisła para dużych, wytrzeszczonych nieziemsko oczu.
– Cześć! – Umieszczone pod oczami usta wyszczerzyły się w szaleńczym uśmiechu. – Jak się stało!
– Jezu! – Usiadła przerażona, a tajemniczy osobnik, podniósł się z podłogi i odsunął do tyłu. Był prawie tak wysoki jak Evans, ale jasną skórę i krótko przycięte, czarne włosy.
– Jeszcze raz, cześć! – Ponownie wyszczerzył się psychopatycznie. – Jestem Antoine Brizard, miło cię poznać. – Wyciągnął rękę w stronę Polki.
– Wiem kim jesteś – burknęła, poprawiając wymiętą koszulkę. Następnie skrzyżowała ręce na piersi i zmierzyła siatkarza zimnym spojrzeniem. – Antoine Brizard, rocznik ’94, metr dziewięćdziesiąt cztery wzrostu, rozgrywający, nazywany przez niektórych naturalnym zastępcą Bena Toniutti’ego, obecny klub Onico Warszawa,  – wyrecytowała z prędkością karabinu maszynowego. – Chcesz wiedzieć więcej?
Chłopak zamrugał szybko, resetując przeciążony mózg.
– Nie, dzięki, na razie wystarczy.
Asia przewróciła oczami, a potem rozejrzała się po pomieszczeniu. Próbowała sobie przypomnieć, co się stało. Wróciła do domu, okazało się, że Jack zniknął, poszła go szukać, potem dołączył się Sharone i…
Jęknęła przeciągle. Teraz zrozumiała, że musiała zasnąć w mieszkaniu siatkarza, gdy przyszli odpocząć.
– Która jest godzina? – zapytała, z zrezygnowaniem opierając się o oparcie kanapy.
– Dziewiątą.
– Dziewiąta? Rano?!
Rozgrywający kiwnął głową, nadal uśmiechając się szeroko.
– Spałam prawie dwanaście godzin. – Z niedowierzeniem pokręcił głową. – Zaraz, sekundę – Podniosła głowę i zmierzyła Francuza podejrzliwym spojrzeniem. – Skoro jest dziewiąta rano, to co t tu robisz?
Antoine nie odpowiedział, jedynie z zakłopotaniem podrapał się po głowie.
– No wiesz…
– Chce załapać się na naleśniki. – W tym momencie z kuchni wychylił się Sharone. Miał na sobie uroczy fartuszek w czarno – czerwoną kratkę, a w ręku trzymał talerz wypełniony słodkimi placuszkami. – Oryginalny przepis babci Evans, uwierz nie znajdziesz lepszych na tym kontynencie – powiedział, podchodząc do dziewczyny i podając jej talerz. – Smacznego.
– Dzięki – speszona spuściła wzrok. – Wyglądają przepysznie – przyznała. Była szczera. Na sam widok naleśników, zaczęło jej burczeć w brzuchu. Idealnie przypieczone, z syropem klonowym i owocami. Nie mogła się oprzeć.
– Ej, a dla mnie! – Oburzył się Brizard, widząc jak dziewczyna zaczyna wcinać ogromną porcje.
Evans przewrócił oczami z udawaną dezaprobatą.
– Zostało jeszcze trochę na patelni – mruknął. Rozgrywający podskoczył radośnie, a sekundę później już go nie było.
– Jak się spało? – zapytał Sharone, gdy już upewnił się, że kolega z drużyny całkowicie zajął się napełnianiem żołądka.
– Całkiem dobrze – odpowiedziała szczerze. – Ale to… nie był problem, prawda? – Nerwowo potarła nadgarstek. 
– Oczywiście, że nie! – gwałtownie zaprzeczył Kanadyjczyk. – To… mieszkanie jest całkiem spore… przyjemność po mojej stronie – plątał się w odpowiedzi, próbując znaleźć odpowiednie słowa. – Dobrze się już czujesz? Bo wczoraj nie wyglądałaś najlepiej. – Zatroskany przyjrzał się twarzy dziewczyny.
Asia prychnęła śmiechem. Zachowanie chłopaka było zabawne, ale przede wszystkim urocze. Ciepło jej się robiło na sercu, gdy usłyszała, że ktoś się o nią martwi.
– Powinnam zadzwonić do dziewczyn – mruknęły jednym kawałkiem naleśnika, a drugim. – Pewnie się denerwują, gdzie zniknęła.
– Spoko, wszystko już załatwiłem. – Sharone lekceważąco machnął ręką. – Jola dzwoniła. Spałaś, więc spisałem numer i oddzwoniłem. Powiedziałem, gdzie jesteś i co się stało. Chyba mi zaufały, bo nie nasłały policji z podejrzeniem porwania.
– Albo stwierdziły, że nie będą przeszkadzać – prychnęła po polsku Aśka.
– Proszę?
– Nie, nic. – Pokręciła głową. – Znalazły Jacka. Utknął w jakiejś piwnicy, sąsiadka go przyniosła.
Odetchnęła z ulgą. Przynajmniej jeden problem miała z głowy. Z kociakiem było wszystko w porządku, po prostu wybrał się na niewinny spacer. Nic niezwykłego zwierzakom się to zdarza, ale i tak kamień spadł jej z serca.
– Jak wrócę, to zrobię mu taką awanturę, że się przez tydzień nie pozbiera – stwierdziła, dojadając śniadanie. – Ma przerąbane.
– Nie wątpię – roześmiał się Evans. – Nie chciałbym być na jego miejscu. – Usiadł obok dziewczyny.
Nie odpowiedziała. Chłopak wpatrywał się w nią uważnym spojrzeniem, a ona z całych sił starała się nie odwrócić wzroku. Ich twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów, tak samo, jak tydzień wcześniej na parkingu. Tym razem jednak byli zupełnie sami. Słyszała dokładnie, jak jej serce wali jak oszalałe, jednak nie była wstanie zdobyć się choć na drobny ruch. Panowała niezręczna cisza, która pewne trwałaby jeszcze przez długi czas, gdyby w tym momencie do salonu nie wrócił Brizard.
– Jak tam, zakochańce?! – zawołał wesoło, między jednym gryzem naleśnika, a drugim. – Ustaliliście już datę ślubu?
Obydwoje momentalnie odsunęli się od siebie. Asia spuściła wzrok i wróciła do swojego śniadania, a Sharone uśmiechnął się nerwowo.
– Nie powinieneś przypadkiem zająć się swoimi sprawami – fuknął. – Na przykład zbliżającym się treningiem.
Brizard kiwnął głową i nabił na widelec kawałek, który wręcz tonął w syropie klonowym
– Chciałby zauważyć, że mój trening jest też twoim treningiem, i jeśli nie chcesz robić dodatkowych dwudziestu kółeczek wokół boiska, to obydwoje powinniśmy się na nim stawić. –  Uśmiechnął się triumfalnie.
Evans przeklną bezgłośnie, a Asia z trudem powstrzymała się przed prychnięciem śmiechem.
– Ja też będę się zbierać. – stwierdziła. – Dziewczyny pewnie się martwią. Było przepyszne – posłała atakującemu wdzięczne spojrzenie, a potem odłożyła sztućce i zaczęła podnosić się z kanapy.
– Zaczekaj! – powstrzymał ją Antoine. – Czy Sharone już powiedział ci, co robicie w sobotę? – zapytał, mierząc obydwoje uważnym spojrzeniem.
Dziewczyna zamrugała zaskoczona.
– Nie, nic nie słyszałam – przyznała. – Shoe? – zwróciła się do Kanadyjczyka.
Ten przełknął głośno ślinę i z zakłopotaniem podrapał się po głowie. Widać było, że nie bardzo wie o czym mówi kolega. Przez kilka długich sekund myślał nad czymś intensywnie, aż w końcu chyba dotarło do niego, o co chodzi.
– W sobotę są urodziny Gruszczyńskiego – zauważył. – Ale nadal nie rozumiem, do czego zmierzasz – przyznał szczerze.
– Idiota. – Rozgrywający pokręcił głową z dezaprobatą. – Możemy kogoś ze sobą przyprowadzić. Weźmiesz Asię, a wcześniej zabierzesz ją na obiad, czy coś takiego.
– Że co proszę?! – Sharone był w szoku, z resztą nie mniejszym niż dziewczyna. Obydwoje wpatrywali się w Francuza szeroko otwartymi oczami, jakby ten co najmniej ogłosił koniec świata albo coś podobnego. – Ja.. – atakujący nerwowo przełknął ślinę. Wiedział doskonale, że w tym momencie żadna odpowiedź nie jest prawidłowa. Ale musiał którąś wybrać, bo inaczej miałby jeszcze bardziej przerąbane.
Kątem oka dostrzegł, że Asia uśmiecha się nieznacznie. To dodało mu otuchy. Może nie będzie tak źle?
– Jeśli nie masz nic przeciwko, to mnie się ten plan podoba – zwrócił się w końcu do dziewczyny.
– Jeśli nie porwą mnie kosmici, to na sobotę nie mam żadnych planów. – Odgarnęła włosy z czoła. – Choć przyznam, że wizja poznania bliżej całej drużyny jest trochę… absurdalna.
– Nie bój się. – Antoine machnął lekceważąco ręką. – Moi koledzy nie są groźni, co najwyżej trochę walnięci. To znaczy, że widzimy się w sobotę, prawda? – klasnął wesoło.
– Tak – kiwnęła głową, a jej uśmiech zrobił się jeszcze szerszy.  – Widzimy się w sobotę.

***

– Co to miało być?! – zapytał zdenerwowany Sharone, gdy tylko obydwaj siatkarze wsiedli do samochodu atakującego. – Chciałeś zrobić ze mnie głupka?!
– Hej, spokojnie, wyluzuj. – Antoine uniósł ręce w obronnym geście. – Powinieneś byś mi wdzięczny, załatwiłem ci randkę.
– Nie żartuj – prychnął Evans. – Musiałem się zgodzić, bo inaczej byłbym niemiły i wyszłoby na to, że jej nie lubię.
Rozgrywający tylko wzruszył ramionami, jakby w ogóle go to nie obchodziło. Był zbyt dumny ze swojego pomysłu, by przejmować się, że coś mogłoby pójść nie tak.
– Ale nie powiesz, że ci się to nie podoba. – Założył ręce za głowę i uśmiechnął się triumfalnie. – Przecież widzę jak na nią patrzysz.
– Okej, masz może trochę racji. – Przyznał Shoe. – Zależy mi na Asi, ale to nie znaczy, że możesz tak po prostu wtrącać się w nasze relacje. To bardzo… delikatna sprawa.
– Daj spokój – przewrócił oczami Francuz. – Przecież to proste jak drut. Ona ci się podoba, ty jej, ludzie zakochiwali się w sobie już w epoce kamienia łupanego i tylko dzięki temu nasza rasa jeszcze nie wymarła. Nie jesteście więc ani pierwsi, ani ostatni.
Sharone i w tej kwestii musiał przyznać mu racje. Zdawał sobie sprawę z tego, że z zewnątrz cała sytuacja wyglądała na zupełnie normalną. Ale on przeżywał prawdziwy emocjonalny rollercoaster.
– Dobra, niech będzie – mruknął, w końcu odpalając silnik. – Załóżmy, że wcale prawie nie zniszczyłeś mojej świetlanej przyszłości.
– Świetlanej przyszłość? – Antoine uniósł kpiąco brew. – Nie mów, że już układasz sobie z nią życie?
Gdyby mógł, Evans zaczerwieniłby się w tym momencie po same uszy.
– To nie tak – zaczął się nieudolnie tłumaczyć. – Po prostu… istnieje pewne drobne prawdopodobieństwo, że kilka razy za bardzo poniosła mnie wyobraźnia.
– Wiedziałem. – Brizard triumfalnie zacisnął pięść. – Teraz się już nie wykręcisz, stary. Chcę kiedyś zatańczyć na waszym ślubie.
Shoe uśmiechnął się pod nosem. W jego głowie pojawiła się absurdalna, ale nad wyraz przyjemna myśl.
„ Ja też” szepnął w głowie. „Ja też.”




***

Shoe i Antoine musieli jechać na trening, więc Asia wracała do mieszkania sama. Nie spieszyła się. Zajęcia miała zacząć dopiero o czternastej, dlatego też drogę przez Warszawę pokonała spokojnie.
A przynajmniej tak to wyglądało z zewnątrz, bo w środku wręcz gotowała się z emocji. W końcu nie codziennie ma się okazje zjeść na śniadanie naleśniki babci Evans.
– Czy możesz mi wyjaśnić, gdzie do cholery podziewałaś się przez całą noc?!
Takim właśnie pytanie została powita, gdy tylko przekroczyła próg mieszkania.
– Przecież doskonale wiesz. – Posłała Sarze zmęczone spojrzenie. – Jola rozmawiała z Sharonem, wszystko wam opowiedział.
– Wiem – kiwnęła głową druga dziewczyna. – Ale chcę usłyszeć też twoją wersję wydarzeń. W końcu spędziłaś noc w salonie obcego chłopaka. To nie jest normalne!
– Już nie tak całkowicie obcy – mruknęła pod nosem Asia.
Sara skrzyżowała ręce na piersi i zmierzyła koleżankę ironicznym wzrokiem.
– Niby od jak dawna się znacie?
– A który dzisiaj mammy? – Joasia nadal była cokolwiek nieprzytomna.
– Siódmy listopada.
– Zaraz… – Wyciągnęła dłoń i zaczęła liczyć na palcach kolejne tygodnie. – Raz, dwa… od całych pięciu tygodni. – Uśmiechnęła się dumnie.
– To niezbyt długo – stwierdziła Sara. –  A już na pewno nie na tyle, by z czystym sumieniem spędzać z kimś noc. – Znacząco poruszyła brwiami.
Aśka zaczerwieniła się gwałtownie protestować. – Tylko zasnęłam na kanapie, do niczego nie doszło, naprawdę – zapewniła.
– Naprawdę?
– Oczywiście!
– To w takim razie, co cię dręczy? – dopytywała Sara. – Bo nie wmówisz mi, że ostatnie dwanaście godzin nie wywarło na tobie żadnego znaczenia.
– No nie…
Z niezręczniej sytuacji wyciągnął ją Jack, który ni stąd ni zowąd pojawił się w korytarzu, miaucząc przeraźliwie.
– Cześć, rozrabiaku. – Asia przykucnęła i podrapała kociaka za uchem. – Gdzie się szlajałeś?
Zwierzak usiadł, przekręcił główkę, przymknął zielone oczy i zaczął mruczeć z przyjemnością.
– Pewnie z przyjemnością zadałby ci to samo pytanie – prychnęła druga dziewczyna. – Nadal nie otrzymałam od ciebie odpowiedzi.
Joasia westchnęła cicho. Wiedziała, że przyjaciółka nie odpuści. Ale czy musiała wszystko wiedzieć? Na pewno nie, jednak coś można było zdradzić, by zaspokoić jej ciekawość.
– Będę trochę zajęta w najbliższą sobotę – zaczęła. – Shoe zaprosił mnie na obiad, a potem na urodzinową imprezę do kolegi z zespołu. Mają być planszówki, na pewno będzie sympatycznie – wzruszyła ramionami, ale na jej ustach pojawił się nieśmiały uśmiech.
– Nie bajeruj mnie tutaj, on cię po prostu zaprosił na randkę – podsumowała Sara. – Idziecie do restauracji. Tylko we dwójkę. Jak dzieci z tego nie będzie, to oficjalnie ogłoszę upadek mojego intelektu.
– Możesz już zacząć – prychnęła Asia. – Z tego co wiem od jedzenia żadne dziecko się jeszcze nie urodziło.
Sara przewróciła oczami. W odpowiedzi jej przyjaciółka po prostu wzięła Jacka na ręce, a potem zniknęła w swoim pokoju, nie oglądając się za siebie.
Dopiero gdy zatrzasnęła za sobą drzwi, uleciało z niej całe napięcie. Usiadła na łóżku, a pusty wzrok wlepiła w ścianę. Jack poocierał się trochę o jego dłoń, ale gdy nie zareagowała, zwinął się w kłębek i zasnął.
A ona nadal nic nie mówiła.
– Nie mam się w co ubrać! – jęknęła w końcu, opadając na poduszkę. Zaczęła bawić się kolorową poszewkę. Wiedziała, że to wszystko zupełnie nie ma sensu. Dlatego tak bardzo przerażał ją zwykły obiad? I impreza urodzinowa? Bywała przecież na takich, może nie na wielu, ale kilku na pewno. Shoe nie był też pierwszym chłopakiem, który zaprosił ją na „randkę”
Dlaczego więc tym razem tak bardzo się denerwowała?
Przymknęła oczy i wróciła wspomnieniami do tego poranka. Nadal miała wrażenie, że ma w ustach smak tych genialnych naleśników z syropem klonowym. I cały czas miała przed oczami uśmiech Sharone, gdy widział jak dziewczyna z przyjemnością zjada jego małe dzieło.
Nie mogła zaprzeczyć, że chłopak nie był jej obojętny. Wręcz przeciwnie, z każdym kolejnym dniem z coraz większą niecierpliwością czekała na telefon, smsa, jakikolwiek sygnał od Kanadyjczyka. To było trochę niepokojące, ale też dziwnie… przyjemne.

– To wariactwo – stwierdziła, wpatrując się w biały sufit. – Zupełne wariactwo, ale… – przełknęła głośno ślinę. – Ale chyba mi na nim zależy. 


Z wielką przyjemnością przedstawiam wam rozdział dziewiąty. Nie napiszę o nim za wiele, bo po pierwsze nie wiem co napisać, a po drugie jest już późno i mój mózg dłużej nie chce pracować. 
W każdym razie z niecierpliwością czekam na wasze komentarze. 
Pozdrawiam
Violin

niedziela, 1 kwietnia 2018

Rozdział 8

– I właśnie wtedy… bla, bla, bla…. Z czego wynika, że…. Bla, bla, bla
Głos wykładowcy docierał do Asi jakby zza mgły. Była wykończona, ale sama nie wiedziała czym. Siedziała na wyjątkowo niewygodnym krzesełku, bawiąc się długopisem i pustym wzrokiem wpatrując się w jakiś punkt przed sobą.
– Wszystko okej? – zapytał Radzio, delikatnie szturchając ją w ramię.
Spojrzała na niego zdezorientowana.
– Proszę? Nie… wszystko w porządku. – Uśmiechnęła się nieprzytomnie. – Dlaczego pytasz?
– Bo nie  notujesz. – Postukał palcem w białe kartki zeszytu dziewczyny. – Zawsze notujesz.
– No tak. Zamyśliłam się po prostu. – Z zakłopotaniem podrapała się po głowie. – Dzięki za przypomnienie. – Pochyliła się nad notesem i machinalnie zanotowało w słowo w słowo to, co właśnie powiedział profesor, zupełnie nie zajmując się ewentualną selekcją informacji.
Radek zmierzył ją wzrokiem, a potem westchnął głęboko i jak gdyby nigdy nic po prostu zabrał Joasi długopis.
– Daj spokój – mruknął. – i tak nic mądrego z tego nie wyjdzie. Pożyczę ci potem moje notatki.
Pokiwała głową. Miał rację. W duchu była mu za to wdzięczna, w końcu naprawdę w tym konkretnym momencie nie była w stanie myśleć logicznie. Jej mózg całkowicie pochłonęło analizowanie jednej, konkretnej sytuacji.
Rozmowy z Sharonem na parkingu.
Przygryzła nerwowo wargę, wzrok znów wlepiła w ścianę. Nie potrafiła wyrzucić tego obrazu z głowy. On i Ona. Naprzeciwko siebie. W odległości zaledwie kilkanaście centymetrów. Patrząc sobie w oczy, jakby świat wokół nie istniał. Odcięci od wszystkiego, co działo się gdzieś za ich plecami.
Liczyli się tylko On i Ona.
Nigdy wcześniej nie znalazła się w podobnej sytuacji. Nigdy nikt nie przyciągał ja do siebie jak magnes. Nigdy nie było ta, by prześladował ją czyjś śmiech.
A teraz w końcu nadszedł ten pierwszy raz/
I ta sytuacja na parkingu…
„Jeszcze sekunda i by mnie pocałował” mruknęła w myślach. „To zupełnie irracjonalne.”
To było irracjonalne. Tak irracjonalne, jak tylko mogła irracjonalna być znajomość między nimi.
Przymknęła oczy i jeszcze raz przywołała obraz twarzy atakującego. Widziała napięcie, ale też coś innego, coś czego nie potrafiła zdefiniować.
Fascynacje? Podziw? Zainteresowanie?
Miłość?
– Idiotka! – warknęła sama do siebie, opierając głowę na przedramionach. Radzio spojrzał na nią szczerze zaskoczony takim wyznanie, ale tylko machnęła na niego ręką, by dał sobie spokój.
Miłość? Jaka niby miłość?  Znali się od trzech tygodni z dokładnością co do dnia, choć tu nie była pewna. Tylko trzy tygodnie. Spotkali się ze sobą może siedem, osiem razy. Nawet nie dziesięć, chyba, że kilka godzin spędzonych na SOR-ze liczy się razy trzy. Wtedy ewentualnie mogli przekroczyć magiczną barierę dziesięciu mniej lub bardziej przypadkowych spotkań.
Był tylko kumplem. Nowym kumplem w nowym mieście. Nikim więcej.
Zresztą niby dlaczego i ona miałaby być dla niego kimś więcej. Nie była głupia, wiedziała, jak działa ten pokręcony świat. Sharone miał dziewiętnaście lat, był przystojny, inteligentny i wysportowany, mogła postawić cały swój zapas czekolady, że w Kanadzie zostawił dziewczynę. Dziewczynę, która go kochała, a on za nią szalał.  Nie mogło być inaczej.
Zresztą Asia też nie była całkowicie bez winy… 
„Miałaś o nim nie myśleć” skarciła się w myślach. „Skup się na nauce, a nie na jakiś idiotycznych miłostkach. Nie to sobie obiecałaś przed wyjazdem?”
Ale prawda była taka, że uśmiech atakującego nie chciał wyjść jej z głowy.
To było skrajnie irytujące.

***

Kielce przywitały ich pogodą podobną, jak pożegnała ich Warszawa. Zimno wieje, leje i ogólnie bez sensu. Siatkarze Onico przyjechali tu by w końcu zdobyć trzy punkty, ale panująca wokół aura nie napawała optymizmem. Nawet włosy Stephana, na co dzień prezentujące się jako burza blond loków, teraz oklapły smutne i przyklejały się trenerowi do twarzy, niczym zmutowane wodorosty.
– Ja chcę już wiosnę! – jęknął Janek Nowakowski, naciągając na głowę czapkę. – Ciepełko, słoneczko i kwiatki!
– Jest dopiero koniec października – zauważył cierpko Guillaume Samica. – Jeśli już teraz masz dość, to co będzie w styczniu?
– Zapadnę w sen zimowy – odburknął młodszy chłopak. – I będziecie musieli poradzić sobie bez środkowego, ot co!
W odpowiedzi przyjmujący jedynie pokręcił głową z dezaprobatą, a potem podniósł swoją torbę i nie czekając na kolegów, ruszył w stronę hotelu. Sekundę później dołączyli do niego pozostali zawodnicy. Znów wyjątkowym zapałem wykazał się Janek, który, gdy tylko zorientował się, że Francuz go opuścił, pobiegł za nim głośno krzycząc, że przeprasza i tak naprawdę, to przecież nie zrobił nic strasznego.
Pozostali mogli jedynie zwijać się ze śmiechu.
– I co, Shoe, jak tam ostatnie rozmowy z twoją dziewczyną? – zapytał Andrzej, jak zwykle znikąd pojawiając się obok atakującego.
– No właśnie. – Z drugiej strony zmaterializował się Wojtek. – Rozumiem, że kiedy ja i kolego Wrona zostawiliśmy was samych, doszło do gorącego pożegnania.
– Asia nie jest moją dziewczyną! – zaprotestował gwałtownie Evans.
– Ta, jasne. – Obydwaj synchronicznie przewrócili oczami.
– Stephane, choć tu do nas! – Włodarczyk machnął ręką na rozmawiającego z fizjoterapeutą Antigę. Trener podniósł wzrok i zamrugał szybko, zaskoczony niespodziewanym wywołaniem do tablicy.
– Że niby o mnie wam chodzi?
– A widzisz tu jakiegoś innego Stephana?
Mężczyzna zawahała się, ale pokiwał głową, przyznając zawodnikowi racje. W promieniu dwustu metrów nie funkcjonował żaden inny osobnik o imieniu Stephane.
– Coś się stało? – Podszedł do siatkarzy. – Sharone, czy ta dwójka znów sprawia problemy?
– My tylko pomagały młodemu ułożyć sobie życie! – zaprotestował gwałtownie Andrzej. – To chyba dobrze, co nie? Integracja i te sprawy.
Antiga prychnął śmiechem. Evans posłał mu błagalne spojrzenie, które mówiło tylko jedno:
„Uwolnij mnie od tych wariatów!”
– Zajmijcie się może sobą, dobrze? – Trener zmierzył ich kpiącym wzrokiem. – Rozumiem, że chcecie pomóc kolędzie, ale naprawdę na waszym miejscu skupiłbym się na grze. Ostatnia porażka powodem do dumy nie jest, także dla mnie.
Siatkarze przełknęli nerwowo ślinę. Andrzej zaczął kopać kamyki przed sobą, a Wojtek postanowił torturować ludzkość swoim gwizdaniem, próbując sprawiać wrażenie, że nie mają pojęcia o czym szkoleniowiec mówi.
Stephane wzniósł ręce w niemej modlitwie o cierpliwość do tej zgrai. 
– Nie przejmuj się nimi – zwrócił się do Evansa. – Mają trochę poprzewracane we łbach, ale jeszcze miesiąc i się przyzwyczaisz.
– Mam taką nadzieje – mruknął pod nosem Sharone.
Antiga skwitował to tylko cichym prychnięciem śmiechem. Przerzucił przez ramię swoją torbę i ruszył za zawodnikami do hotelu.
– Aha i jeszcze jedno – odwrócił się w stronę Kanadyjczyka. – Jeśli chodzi o tę dziewczynę, to sorry, ale trzymam stronę chłopaków. Pasujecie do siebie. Coś o tym wiem – powiedział jeszcze, a potem wszedł do budynku, zostawiając Evansa w zupełnej rozsypce.

***

Asia wspinała się po schodach w tempie leniwego ślimaka winniczka. Choć dochodziła dopiero dziewiętnasta, to ona już miała serdecznie dość całego dnia. Była na nogach od piątej rano, a dokładniej od momentu, w którym Jack wskoczył do jej łóżka i zaczął głośno miauczeć, domagając się uwagi. Potem zepsuł się express do kawy ( znowu!), a posłuszeństwa odmówiła pralka. Gdy dotarła już na uczelnie, okazało się, że strajk ogłosił także długopis, całe notatki i trochę torby pokrywając atramentem. Potem, gdy wychodziła z sali wykładowej, potrącił ją jakiś chłopak, przez co nabiła sobie bardzo malowniczego guza. Na zakończenie oblała się kawą, która miała dać ukojenie w czasie ciężkiego dnia, a zamiast tego stała się gwoździem do trumny nowiutkiego, pudrowo różowego sweterka.
I jeszcze od samego rana czuła się tak, jakby przejechał ją czołg, mający gdzieś wszelkie leki.
Dlatego też otwierając drzwi do mieszkania, marzyła już tylko o tym, by położyć się na łóżku, zakopać pod kołdrą i przespać kolejne dni.
– Myślisz, że bardzo się zdenerwuje, jak jej powiemy?
– Może zaczekamy na Radka? Ma na nią dobry wpływ.
Z salony dochodziły przyciszone głosy współlokatorek. Uważnie stawiając kroki, podeszła bliżej i przycisnęła się do ściany tak, by nikt jej zauważył. Nasłuchiwała.
– Przecież to wariactwo. Jak się dowie to nas zupełnie znienawidzi.
– Dlaczego mam was znienawidzić? – Asia postanowiła przerwać tę maskaradę. Na widok współlokatorki Jola i Sara pobladł gwałtownie, stanęły na baczność, zrzucając przy tym cukierniczkę ze stolika, by w końcu przybrać najbardziej niewinne miny na jakie było je stać.
– Bo wiesz, miał miejsce taki mały wypadek – zaczęła niepewnie Sara, bawiąc się guzikiem od kamizelki.
– Może nie do końca taki mały – sprostowała Jola. – Ale nie żeby zaraz świat się miał zawalić.
– Co najwyżej będziemy mieć trochę kłopotów.
– Powiecie w końcu, o co chodzi? – Aśka zaczęła tracić cierpliwość.
Dziewczyny wymieniły znaczące spojrzenia. W końcu Jola odetchnęła głęboko i odważyła się wszystko wyjaśnić.
– Któraś z nas zapomniała domknąć drzwi i Jack wyślizgnął się na klatkę. A potem z bloku. Szukamy go od dwóch godzin i nigdzie nie możemy znaleźć.
Joasia zamarła. Oddychała ciężko, próbując przetworzyć informacje. Gdy w końcu dotarło do niej, co się stało, odwróciła się na pięcie i wybiegła z mieszkania, nie zważając na pokrzykiwania przyjaciółek.
– Jack! – wrzasnęła, wypadając na zewnątrz. – Jack, gdzie jesteś?! – Oczywiście nie łudziła się, że uzyska odpowiedź. Przemawiała przez nią desperacja, panika. Przez kolejne czterdzieści pięć minut chodziła po osiedlu, szukając kociaka, nawołując i pytając przypadkowych przechodniów, czy przypadkiem nie widzieli małego, czarnego kotka z czerwoną obróżką. W tym samym czasie Sara z Jolą obdzwaniały najbliższe schroniska i gabinety weterynaryjne, zadając dokładnie te same pytania.
Czterdzieści pięć minut później nadal nie znalazły nawet śladu zguby.
– Jack! Jack! Gdzie jesteś, mały?! – Z każdą kolejną sekundą głos Asi coraz bardziej słabł. W końcu zrezygnowana usiadła na chybotliwej ławeczce. Spuściła głowę. Poczuła jak pod jej powiekami zbierają się łzy. Gdzie był Jack, gdzie było jej maleństwo? A jeśli wpadł pod samochód? Albo spotkał spuszczonego ze smyczy psa? Nadal kulał na jedną łapkę, nie byłby wstanie uciec wystarczająco szybko.
Mimowolnie wyciągnęła telefon z kieszeni. Przez chwilę wahała się, do kogo zadzwonić, aż w końcu wybrała numer jedynej osoby, która mogła w tym momencie realnie pomóc.
Ku jej zdziwieniu, osoba ta odebrała po zaledwie dwóch sygnałach.
– Halo?
– Sharone? – Dziewczyna przełknęła nerwowo ślinę, nie mając pojęcia jak zacząć. – Ja… mam problem.
– Problem? Co się stało? Nic ci nie jest, prawda? – W głosie chłopaka słychać było nutkę paniki.
– Nie, ze mną wszystko w porządku. – Pokręciła gwałtownie głową. – Tylko, że… – zawahała się. – Jack zniknął.

***

– Jack zniknął.
To nie było tak, że Sharone był przesadnie zakochany w kotach. Okej, były urocze, puchate, ale na samo wspomnienie wrednej kotki, którą trzymała jego mama, robiło mu się słabo. Mimo tego, gdy tylko usłyszał roztrzęsiony głos Asi, poderwał się z kanapy, zgarnął kurtkę i dwie minuty później stał na przystanku, czekając na właściwy tramwaj.
Dziewczynę znalazł na ławce, dosłownie dwieście metrów od miejsca, w którym wysiadł. Siedziała skulona, chowając twarz w dłoniach i mrucząc coś do siebie. Nie zauważyła siatkarza, więc delikatnie położył dłoń na jej plecach. Wzdrygnęła się mimowolnie i dopiero wtedy podniosła głowę.
– Sharone? Naprawdę przyszedłeś?
– Przecież mówiłem – wzruszył ramionami. – Chcę pomóc.
Pokiwała głową, ale nadal pustym wzrokiem wpatrywała się w przestrzeń przed sobą.
– Hej, na pewno dobrze się czujesz? – Zaniepokojony usiadł obok. – Nie wyglądasz najlepiej.
– Dzięki. – Uśmiechnęła się słabo. – Nie, po prostu… martwię się o niego. Jest jeszcze taki malutki. A jeśli wpadł do jakiegoś kosza na śmieci i się w nim zatrzasnął? Albo ktoś zatrzasnął go w piwnicy? Albo…
– Hej. – Przerwał Polce, chwytając jej nadgarstek i ściskając go nieznacznie. – To mądry zwierzak. Na pewno śpi sobie spokojnie w jakiejś dziurze albo ugania się za muchami czy za czym tam uganiają się koty.
– Może i masz rację – westchnęła. – Co oczywiście nie oznacza, że nagle przestanę się przejmować. Na to nie licz. Jestem… – Tym razem przerwał jej dzwonek telefonu. Wystarczył rzut oka na ekran, by dziewczyna nerwowo zaczęła przesuwać zieloną słuchawkę, próbując odeprać połączenie. – Macie go? – rzuciła, gdy w końcu odebrała połączenie. Przez chwilę uważnie słuchała, by w końcu uśmiechnąć się szeroko. – Dobra, zaraz to sprawdzę – rozłączyła się. – Dziewczyny mówią, że do jakiegoś weterynarza na Wilanowie ktoś przywiózł czarno białego kociaka z przetrąconą łapką. Nie ma obroży i to trochę daleko, ale po Jack jest zdolny do wszystkiego. Zaraz wyślą mi dokładny adres.
– Obdzwoniły wszystkie kliniki w mieście? – Sharone uniósł ze zdziwieniem brew.
– Mają straszne wyrzuty sumienia – wyjaśniła Asia. – To one pozwoliły, by Jack wyszedł z mieszkania. – W tym momencie jej telefon zabrzęczał cicho. Siatkarz zajrzał przez ramię dziewczyny, przebiegł wzrokiem po krótkim tekście, a potem uśmiechnął się szeroko.
– To niedaleko mnie! Idziemy! – Chwycił Polkę za rękę i zaczął ciągnąć w stronę przystanku.
O dziwo nie protestowała. Ba, dała się tak przeciągnąć przez pół Warszawy. Jedynie, gdy weszli do tramwaju, Evans zwolnił trochę uścisk i zamiast nadgarstka, ścisnął dłoń Asi.
– Wyglądalibyśmy podejrzanie – wyjaśnił, widząc jej zdezorientowane spojrzenie.
Nieznacznie pokiwała głową. Nie zamierzała protestować.
„Jak uroczo!” odezwało się serce siatkarza.
Przeklną w myślach. Od jakiegoś czasu wydawało mu się, że uporał się z irytującymi głosami w głowie, ale jak widać one postanowiły powrócić.
„Jakie uroczo?” Mózg oczywiście nie mógł przegapić  imprezy. „Wyglądają jak cukierkowa para z amerykańskich komedii dla nastolatków. A wszyscy doskonale wiemy, że to, co dzieje się w komediach, zostaje w komediach.”
„Niekoniecznie” zauważyło serce. „Jak widzisz w tym właśnie momencie jesteśmy świadkami narodzin pięknej miłości. Sharone niczym rycerz na białym koniu, znajdzie tego kota, a ona z wdzięczności żuci mu się w ramionach i będą żyć długo i szczęśliwie.”
„Ta, jasne” Mózg przewrócił zwojami nerwowymi. „Założysz się, że wcale tak nie będzie?”
„Okej, a o co?”
„O twoje milczenie przez najbliższy miesiąc”
„Niech będzie”
Zakład został uprawomocniony. I ku zdziwieniu całego wszechświata wygrał go mózg. Wszystko popsuło się, gdy dotarli do kliniki weterynaryjnej. Okazało się bowiem, że owszem przywieziono małego, czarno białego kociaka, ale po pierwszy była to kotka, a po drugie miała przetrąconą przednią, a nie tylną łapkę. Zdecydowanie nie był to Jack.
– Chyba nigdy go nie znajdziemy – mruknęła Asia, gdy powoli szli przez jedno z wilanowskich osiedli.
– Nie mów tak – pouczył ją Evans. – Na pewno prędzej czy później wróci do domu. Zgłodnieje i zrozumie, że uciekanie nie jest najlepszym pomysłem.
– Skoro tak mówisz…
Zagryzł nerwowo wargę. Coś mu bardzo nie pasowało. Zatrzymał się gwałtownie, chwycił dziewczynę za ramiona, a potem obrócił w swoją stronę i przyjrzał się uważnie jej twarzy.
– Nie wyglądasz najlepiej – stwierdził. – Nie masz gorączki? – Przyłożył dłoń do czoła Polki.
Skrzywiła się nieznacznie.
– Nic mi nie jesteś.
– Nie pozwolę żebyś wracała w takim stanie. – Nie zwracał uwagi na jej protesty. – Zaraz zacznie padać, jest już późno, jeszcze rozchorujesz mi się na amen.
– Więc co proponujesz? – Skrzyżowała ręce na piersi i zmierzyła atakującego kpiącym spojrzeniem.
Nic nie odpowiedział. Zamiast tego znów chwycił jej nadgarstek i znów pociągnął sobie tylko znanym kierunku, a dokładnie do wejścia do pobliskiego bloku.
– Mówiłem,  że to niedaleko mnie. – Wyszczerzył się głupkowato, otwierając drzwi. – Przynajmniej się zagrzejesz, przecież widzę, że zmarzłaś.
Nie protestowała. Nie miała już na to siły. Bez słowa dała się zaprowadzić do mieszkania chłopaka i usadzić na wyjątkowo miękkiej kanapie.
– Zrobię herbatę i poszukam czegoś przeciwgorączkowego – powiedział, przechodząc do kuchni. – Wrócę za dosłownie pięć minut.
Pokiwała głową, pusty wzrok wlepiając w ścianę naprzeciwko. Zacisnął pięści. Nie podobało mu się to, co widzi. Zależało mu na Asi, przyznał to w końcu sam przed sobą. Ale teraz, gdy ona była w zupełnej rozsypce, a on nie miał pojęcia, co zrobić.
Strasznie go to bolało.
Z herbatą wyrobił się w całe cztery minuty i trzydzieści dwie sekundy. Jednak kiedy wrócił do salonu spotkała go niespodzianka. Joasia leżała z głową na oparciu kanapy, zamkniętymi oczami i lekko rozwartymi ustami. Zasnęła.
Uśmiechnął się pod nosem. Cofnął się do swojej sypialni, wziął koc, a potem najciszej jak potrafił okrył nim Asię. Przez chwilę klęczał obok, wpatrując się w jej twarz. Była taka spokojna, niewinna.
Zawahał się, ale uniósł dłoń i musnął palcem policzek dziewczyny.

– Wszystko będzie dobrze – szepnął. – Obiecuję, że wszystko będzie dobrze. 


W tę jakże deszczową niedzielę przedstawiam wam rozdział ósmy. Nie za wiele o nim powiem, bo liczyła, że wyjdzie lepiej, ale sami musicie ocenić. Z niecierpliwością czekam na wasze komentarze, bo naprawdę dają mi one dużego kopa. 
Pozdrawiam
Violin

środa, 28 marca 2018

Rozdział 7

Asia długo nie mogła wyjść z szoku. Jej przyjaciółki zaprosiły nowego współlokatora do środka, pokazały, gdzie co jest, nawet zrobiły kawę, a ona nadal stała w korytarzu i bezgłośnie ruszała ustami. Była szczerze zdziwiona nie tyle pojawieniem się Radzia, co czymś zupełnie bardziej prozaicznym.
– Możecie mi coś wyjaśnić? – zaczęła w końcu, chodząc do salonu, gdzie pozostała trójka spędzała miły czas przy ciasteczkach. – Jeszcze niedawno czepiałyście się, że przyprowadziłam Sharone’a, by pomógł przy firankach, a teraz same załatwiłyście nam współlokatora płci przeciwnej! Cholerne hipokrytki! – Tupnęła nogą niczym mała dziewczynka.
– Ale Radek to zupełnie co innego – zauważyła Jola. – Nie jest naszym kochasiem. I nie googlujemy go.
Aśce gwałtownie skoczyło ciśnienie. Jej twarz przybrała kolor dorodnego pomidora.
– Sharone. Nie. Jest. Moim. „Kochasiem”  – wycharczała.
– No ja nie wiem…
– Ty…
– Spokojnie, już dobrze – zaśmiała się Sara. – Wywiesiłyśmy ogłoszenie i tylko on się zgłosił.
– Nie możemy już dłużej czekać, czynsz sam się nie zapłaci. – Jola skrzywiła się nieznacznie. – Zresztą nie narzekaj, przynajmniej to ktoś z twojego kierunku.
– To akurat ma najmniejsze znaczenie.
– Jak to? Przecież jeszcze niedawno jęczałaś, że to niesprawiedliwe, że ja mam Sarę, a ty jesteś sama.
– Może i tak. Ale zmieniłam zdanie! – Aśka skrzyżowała ręce na piersi, robiąc najbardziej obrażoną minę na jaką było ją stać.
– Ta, jasne. – Sara tylko przewróciła oczami.
– Oczywiście – prychnęła Janicka. – Kobieta zmienną jest, nieprawdaż?
– Uważaj, bo jeszcze ci uwierzymy.
– Ale…
– Czy mogę się wtrącić? – Radek niepewnie uniósł rękę.
– Czego? – warknęły wyjątkowo zgodnie dziewczyny. Wszystkie trzy, tak dla równowagi.
Chłopak nerwowo przełknął ślinę.
– Chciałem tylko zaznaczyć, że nie będę sprawiał problemów, obiecuję. Ze mnie grzeczny, bezkonfliktowy ludź jest i tak całe dnie spędzam na uczelni, więc…
– Dobra, dobra. – Sara lekceważąco machnęła ręką. – My to doskonale wiemy. Kłócimy się tak dla zasady.
– Dlaczego?
– Bo tak! – znów odpowiedziały chórem.
Radzio tylko wzruszył ramionami.
– Chyba nigdy nie zrozumiem kobiet.
– Nawet  nie próbuj – prychnęła Aśka. – Wierz mi, sama siebie czasem nie rozumiem.
Powoli pokiwał głową. Jego współlokatorki wymieniły znaczące spojrzenia. Przez chwilę panowała niezręczna cisza, aż w końcu…
Dziewczyny wybuchnęły gromkim śmiechem. Joasia uśmiechnęła się i spojrzała na nowego domownika.
– Witamy w ekipie, Radzio.

***

Druga w nocy dla większości była godziną, o której już każdy w miarę normalny człowiek śpi, a przynajmniej stara się spać. Chyba, że akurat jest sobota, impreza, ewentualnie koniec świata. Jeśli jednak żadne z powyższych zjawisk nie zachodzi, to w środku nocy ludzie co do zasady śpią.
Pod tym względem Sharone nie był wyjątkiem. W jego mieszkaniu panowały egipskie ciemności, a on, wtulony w poduszkę, chrapał sobie wesoło. Miał za sobą wyczerpujący psychicznie dzień, więc gdy tylko wszedł do sypialni i położył się na łóżku, zasnął niczym nakarmione niemowlę.
Jednak ku ogromnemu rozczarowaniu całego świata, czasami ktoś postanawia taki sen przerwać.
Zupełnie niespodziewanie zaczął dzwonić telefon siatkarza. Tak po prostu, zakłócając ogólnie panujący spokój. Zirytowany Evans najpierw leniwie przewrócił się na drugi bok, następnie powoli otworzył jedno oko, potem drugie, by w końcu klnąc na czym świat stoi, zerknąć na ekran komórki.
Niestety wyświetlany numer dzwoniącego nie pozostawał mu wyboru. Musiał odebrać.
– Hej – mruknął, siadając niechętnie.
– Cześć, braciszku! – kobiecy głos po drugiej stronie był zdecydowanie żywszy. – Jak tam ci się wiedzie w tej Warszawie.
– Thea ja mam tutaj drugą w nocy – jęknął, w myślach zastanawiając się, czy jego siostra robi to specjalnie. – Zresztą mama cię zabije, jak zobaczy rachunek za telefon.
– Nie zabije, bo nie wiem czy pamiętasz, ale od jakiegoś czasu jestem na swoim i telefon jest mój – prychnęła. – Zresztą, czy nie fajnie jest czasami odebrać telefon od ukochanej starszej siostry? Ja się o ciebie martwię, bracie!
Pokręcił głową z udawaną dezaprobatą, ale na jego twarzy błąkał się nieznaczny uśmiech.
– Jesteś pewna, że dzwonisz tylko, by przekonać się, jak mi się wiedzie.
– Tym razem tak – powiedziała wyjątkowo poważnym tonem Theanna. – Bo wiesz doszły do mnie pewne bardzo ciekawe informacje…
– Niby jakie? – prychnął atakujący.
Po drugiej stronie na kilka sekund zapadła cisza. Thea budowała napięcie.
– Że masz dziewczynę, braciszku! – wykrzyknęła w końcu. – I nikomu się nie pochwaliłeś!
Sharone totalnie zgłupiał. Tego zdecydowanie się nie spodziewał. Nie przypominał sobie, by przez ostatni rok zawiązywał głębsze, oficjalne relacje z jaką przedstawicielką płci pięknej.
– Siostra, co ty bierzesz? – zapytał grzecznie.
– Zupełnie nic – odpowiedział wesoło. – Nie wmówisz mi, że jest inaczej, widziałam zdjęcie!
– Jakie zdjęcie?
– No przecież ci je przesłałam!  Nie widziałeś?
Evans szybko przełączył rozmowę na głośnik i sprawdził wiadomości od siostry. Miała racje, wysłała mu zdjęcie, którego on wcześniej nie zauważył.
Zdjęcie pochodziło z ostatniego meczu. Był na nim Sharone. Stał bokiem do fotografa, przy barierkach. Przed nim o tę samą barierkę, ale po drugiej stronie, na poziomie trybun, opierała się Asia. Pochylała się do przodu, uśmiechając się nieznacznie. Na zdjęciu wyglądało to tak, jakby dzieliło ich tylko kilka centymetrów, jakby zaraz mieli się pocałować.
Pobladł gwałtownie. Teraz już rozumiał, co miała na myśli jego siostra.
– Skąd to masz? – zapytał drżącym głosem. Był już zupełnie wybudzony, zapomniał, że jest środek nocy.
– Jest na stronie Onico. W jednej z galerii.
Odetchnął głęboko, próbując opanować emocje. Nie wiedział jak ma wszystko wyjaśnić.
– To nie tak jak myślisz – powiedział w końcu. – Ta dziewczyna… my się tylko kumplujemy, nic więcej. Po prostu kadr jest niefortunny.
– Ta, jasne. – Był pewny, że w tym momencie Thea przewraca oczami. – A ja jestem królowa Elżbieta.
– Niewiele ci brakuje – mruknął pod nosem siatkarz, a potem dodał już głośniej: – Tym razem musisz mi wierzyć. Ja i Asia nie jesteśmy parą.
– Ale to nie znaczy, że nią nie będziecie  – zauważyła trzeźwo Kanadyjka.
Shoe pobladł gwałtownie. Co to niby miało oznaczyć?
– Co masz na myśli?
– Jak to co? – prychnęła. – Nawet na tym durnym zdjęciu widać, jak na nią patrzysz. Głupi by to zauważył, a co dopiero taka inteligentna jednostka jak ja.
Przygryzł nerwowo wargę. Jego mózg pracował na najwyższych obrotach, analizując słowa siostry. Bo prawda była taka, że nie mijały się tak bardzo z prawdą. Gdyby Theanna doszła do totalnych bzdur, Sharone po porostu roześmiał by się głośno i w żartach kazałby jej przestać brać to, co bierze.
Ale nie zrobił tego. Nawet się nie uśmiechnął.
Bo doszedł do takiego samego wniosku. Na tym zdjęciu wpatrywał się w Asię wzrokiem, którym sam po sobie się nie spodziewał.
– Możliwe, że masz trochę racji – przyznał w końcu niechętnie.
– Trochę –Thea nie dawała za wygraną. – Bracie, czy ty coś do niej czujesz?
Westchnął głęboko. Nie mógł już dłużej migać się od odpowiedzi.
– Chyba…  chyba coś…. Trochę…. Zależy mi na niej – wyjąkał w końcu. – Po prostu mi na niej zależy.
– Prawidłowa odpowiedź, braciszku.

***

Pogoda w Warszawie pogarszała się z każdym dniem. Było zimno, wiało i jeszcze nieustannie padał deszcz. Kilka dni po wspólnym zwiedzaniu miasta, Asia stała na parkingu pod halą Torwar i przestępowała z nogi na nogę, próbując rozgrzać zmarznięty organizm.
– Nie musiałaś przychodzić – mruknął Sharone, widząc jak dziewczyna mocniej naciąga na głowę czapkę. – Oczywiście to bardzo miłe, ale… – zawahał się, starannie dobierając słowa tak, by nie urazić Polki. – To mecz wyjazdowy, kibice raczej nasz nie żegnają przed wyjazdem.
– Wiem, wiem. – Lekceważąco machnęła ręką Joasia. – Normalnie bym nie przyszła, ale akurat idę na zajęcia, więc pomyślałam, że przy okazji wpadnę i życzę wszystkim powodzenia. Oraz zdobędę kilka autografów – wskazała znacząco na ukochany zeszyt.
Evans uniósł ze zdziwieniem brew.
– Przecież masz już wszystkie.
– Autografów nigdy za wiele – wzruszyła ramionami. – Zresztą nie widać, by twoim kolegom to specjalnie przeszkadzało. – Wskazała głową na kotłujących się pod autokarem siatkarzy.
– Im niewiele rzeczy przeszkadza – stwierdził atakujący.
– Czy mówicie może o nas?
Jakby znikąd obok nich pojawił się duet Wrona – Włodarczyk. Na widok dziewczyny, wymienili znaczące spojrzenia i wyszczerzyli się w lekko psychopatycznych uśmiechach.
– Owszem – przytaknęła. – W końcu są panowie jedynymi osobami w promieniu kilkuset metrów.
– Andrzej – Wrona postukał się palcem w pierś. – I Wojtek – postukał palcem w tors kolegi. – Nie żadni „panowie”. Jeszcze kilka tygodni temu, owszem. Teraz kumplujesz się z Sharonem. A to oznacza, że jesteś prawie częścią naszej wesołej rodzinki.
– A kiedy skończy się to prawie? – zapytała podstępnie Asia.
Wrona podrapał się po brodzie, udając, że myśli nad czymś intensywnie.
– Jak on ci się oświadczy! – odpowiedział w końcu, szczerząc się głupkowato.
Zeszyt wypadł Asi z rąk. Chwilę później dołączyła do niego torba Sharone’a. Obydwoje wpatrywali się w siatkarzy szeroko otwartymi oczami i szczękami na poziomie Rowu Mariańskiego. Twarz dziewczyny zrobiła się kredowo biała, za to atakujący gdyby mógł zapadłby się pod ziemię.
– Ta… jasne. – Joasia zaśmiała się nerwowo, a potem pochyliła się, by podnieść swoją własność.
Problem jednak był w tym, że Evans na ten sam pomysł. I to w tym samym czasie. Skończyło się to gwałtownym zderzeniem czołowym, dwoma guzami i głośnym rechotem kolegów z drużyny.
– Przepraszam – mruknął Sharone, wycofując się pospiesznie. – Nic ci się nie stało?
– Ni, wszystko w porządku – uśmiechnęła się niezręcznie. –To wasza wina! – fuknęła w stronę duetu WW.
– Możliwe – przytaknął Wojtek. – Ale dzięki temu mamy potwierdzenie, na które czekaliśmy.
– Potwierdzenie czego?
– Że za jakiś czas powitamy cię w naszej jakże wspaniałej rodzince – powiedział, a potem wziął Andrzeja pod rękę i odeszli ramię w ramię, nucąc pod nosem marsz weselny.
Sharone jedynie pokręcił z dezaprobatą głową.
– Musisz im wybaczyć. Są niereformowalni.
– Naprawdę, nic się nie stało. – Założyła za ucho zabłąkany kosmyk włosów i dopiero wtedy spojrzała chłopakowi w oczy. Byli wyjątkowo blisko siebie, dzieliło ich zaledwie kilkanaście centymetrów. Ona przyciskała do piersi ukochany zeszyt, a on wpatrywał się w jej delikatną twarz i mimowolnie analizował każdą rysę, każde drgnięcie ust. Napięcie było nie do wytrzymania.
– Asia, ja…
– Muszę już iść – przerwała mu, odsuwając się gwałtownie. – Za chwilę mam zajęcia.
– Oh – zmarkotniał. – W takim razie widzimy się niedługo – wymusił uśmiech.
Pokiwała głową, a potem rzuciła jeszcze szybkie „do zobaczenia” i odbiegła w swoją stronę.
Jeszcze kilka godzin później, jadąc przez Polskę, Sharone czuł na swojej skórze jej niespokojny oddech.



 Z wielką przyjemnością przedstawiam wam rozdział siódmy tego opowiadania. Pisało mi się go jak na razie najprzyjemniej ze wszystkich, więc mam nadzieję, że i wam przypadnie do gustu. Zapraszam do komentowania, a także na moje nowe opowiadanie Lucky One https://neverbeluckyone.blogspot.com/ . 
Pozdrawiam
Violin

czwartek, 15 marca 2018

Rozdział 6

Co do zasady obecność Sharone’a w otoczeniu raczej nie zwiastowała nieszczęścia. Wręcz przeciwnie, w szkole koledzy nazywali go dzieckiem szczęścia, bo miał wyjątkowego farta. Dlatego też, gdy Joasia oberwała drzwiami w łepetynę i straciła przytomność, on był szczerze zaskoczony. Całe dwie sekundy zajęło mu otrząśnięcie się z szoku. Dopiero wtedy zrobił, co do niego należało.
– Asia! – Przerażony poderwał się z krzesła. Nie do końca wiedział, co robić, szczególnie, że wokół zaczęli zbierać się ludzie. Ktoś wyjął telefon i chyba wzywał pomoc, ktoś inny próbował ocucić Polkę. Evans z trudem przedarł się przez niewielki tłumek.
Jednak kiedy w końcu pochylił się nad dziewczyną, ona akurat postanowiła porzucić rolę śpiącej królewny i otworzyć oczy.
– Cześć – szepnęła słabo.
– Jezu… – Sharone zachwiał się nieznacznie. Ktoś z jego prawej zaczął nieśmiało bić brawo. Dwóch mężczyzn pomogło Asi wstać i usiąść w fotelu.
– Co się stało? – zapytała, nieprzytomnym wzrokiem rozglądając się wokół.
– Oberwałaś drzwiami. – Atakujący przysunął sobie krzesło i usiadł naprzeciwko.
Pomasowała obolałą głowę.
– Będę miała guza. Długo byłam po tamtej stronie?
– Tylko chwileczkę. Zaraz ktoś przyniesie lód. I chyba powinien obejrzeć cię lekarz. Możesz mieć wstrząs mózgu albo coś takiego. – Posłał jej zatroskane spojrzenie.
– Nie, czuję się dobrze. – Joasia spróbowała się podnieść, ale zaraz opadła z zrezygnowaniem na fotel. – Okej, masz racje, poddaje się.
Sharone uśmiechnął się nieznacznie.
– Złapię jakąś taksówkę i pojedziemy do szpitala.
– Przecież mogę jechać sama!
– Chyba cię pogięło! – Reakcja atakującego była wyjątkowo gwałtowna. Asia odruchowo skuliła się w sobie.
„Przegiąłeś, kolego” odezwało się momentalnie serce siatkarza. „Wystraszyłeś ją, obrazi się na ciebie i cała moja praca pójdzie na marne!”
„Nie przesadzaj” do akcji włączył się mózg. „Przecież ma racje. Nie wolno puszczać osoby z podejrzeniem wstrząsu mózgu samej. To podstawy pierwszej pomocy! Albo przynajmniej zdrowego rozsądku!”
– Przepraszam. – Skruszony spuścił wzrok. – Pojadę z tobą. Tak na wszelki wypadek.
Dziewczyna nie mogła się już dłużej sprzeczać. Nie miała zresztą na to sił. Uśmiechnęła się tylko słabo. Była nieprzyzwoicie blada i to się Evansovi bardzo nie podobało.
Taksówka przyjechała chwilę potem. Jedna z kelnerek, która zdecydowanie lepiej znała miasto, podała kierowcy adres i już piętnaście minut później byli w pobliskim szpitalu.
– Teraz to się nieźle wrypałeś – stwierdziła Asia, gdy w końcu usiedli w poczekalni. Właśnie wróciła z rejestracji, a jej mina dobitnie świadczyła o tym, że nie jest zadowolona z tego co usłyszała. – Trochę sobie poczekamy.
Siatkarz tylko wzruszył ramionami.
– I tak nie mam dzisiaj treningu. Wolę się upewnić, że nic ci się nie stanie.
Uśmiechnęła się. Znowu.
„Robisz postępy, stary” odezwało się serce. „Dziewczyna coraz częściej uśmiecha się w twojej obecności.”
„Serce, ale ty głupi jesteś” prychnął mózg. „Nie zauważyłeś, że za nim oberwała w łeb, uśmiechała się przez prawie cały czas”.
„Oj tam, oj tam, to tylko szczegół.”
„Szczegół?”
– Chyba powinnam do kogoś zadzwonić – mruknęła Joasia, przerywając tym samy wewnętrzną kłótnie Evansa. – Może do Joli? Jest ogarnięta, a ktoś musi wiedzieć, gdzie jestem i co się dzieje.
– Tak na wszelki wypadek? Jakbym miał zamiar zabić cię łopatą, wywieść do lasu i zakopać – rzucił zupełnie spontanicznie Sharone.
Polka posłała mu pobłażliwe spojrzenie.
– Nie byłbyś wstanie tego zrobić.
– Niby dlaczego?
– Bo nie masz łopaty.
Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale zaraz je zamknął.
– Nie przemyślałem tego – przyznał szczerze.
– Jak widzisz nie tak łatwo mnie zabić. – Rozłożyła przepraszająco ręce. – Zresztą nie widzę żadnego powodu, byś miał katrupić tak wspaniałą osobę jak ja. – Sztucznie zatrzepotała rzęsami.
Roześmiał się głośno. Zaraz jednak zamilkł, gdy został obdarzony morderczym spojrzeniem pani z rejestracji.
– Nie widzisz żadnych powodów? – zapytał ironicznie.
Przytaknęła szybko.
– Uważam, że jak na razie świetnie się dogadujemy.
– Naprawdę tak myślisz. – Z zakłopotaniem podrapał się po głowie.
– Oczywiście. W końcu jeszcze nie wysadziliśmy niczego w powietrze.
Sharone poczuł, że robi mu się dziwnie gorąco. Wpatrywał się w roześmiane oczy dziewczyny i nieudolnie próbował wydusić z siebie coś inteligentnego.
– Tak, chyba masz racje – mruknął w końcu. – Fajnie, że dobrze się dogadujemy.
Znowu się uśmiechnęła.
To była najlepsza odpowiedź.

***

Czekali dobre dwie godziny, ale w końcu jakiś lekarz obejrzał dokładnie Asię. Okazało się, że nic poważnego się nie stało, dziewczyna dostała tylko nakaz nie przemęczania się w najbliższym czasie i ewentualnego zgłoszenia się, gdyby wystąpiły jakieś niepokojące objawy. Na wszelki wypadek Sharone odprowadził ją pod same drzwi mieszkania i oddał w ręce zaniepokojonych przyjaciółek.
Pożegnali się grzecznie, trochę niepewnie. Obydwoje odetchnęli głęboko, gdy za Polką zamknęły się drzwi.
Evans został sam. Przez kilka sekund stał na klatce schodowe a potem powoli zszedł na parter. Ruszył w stronę najbliższego przystanku. Ręce schował do kieszeni, naciągnął na czoło czapkę z daszkiem. Nogi miał jak z waty. Czuł się po prostu dziwnie. Spędził prawie cały dzień z teoretycznie zupełnie normalną dziewczyną. Było fajnie, bardzo sympatycznie, nawet biorąc pod uwagę wypadek w kawiarni. Ot, nic niezwykłego, klasyka.
A jednak czuł się dziwnie.
Z tym niepokojący przeczuciem dotarł aż do własnego mieszkania. Miał ambitny plan spędzić cały wieczór oglądając jakiś mecz, ale ktoś postanowił, że ten plan wyjątkowo skutecznie pokrzyżuje.
– Cześć, Sharone!
Zostało mu zaledwie dwieście metrów do celu, gdy ni stąd ni zowąd na chodniku pojawił się duet Kowalczyk – Wrona.
– Hej, chłopaki. – Kanadyjczyk uśmiechnął się niepewnie. Doskonale wiedział, że spotkanie tej dwójki nie wróży nic dobrego. – Właśnie wracałem z…
– No to super, że jesteś wolny! – Andrzej momentalnie znalazł się obok atakującego. – Właśnie szliśmy coś zjeść. Może chciałbyś spędzić miły wieczór w naszym wspaniałym towarzystwie. – Objął g ramieniem i zatrzepotał rzęsami niczym wykfalifikowana lalka Barbie.
Evans zaśmiał się nerwowo.
– Nie, dzięki..
– No nie daj się prosić! Stephane będzie zły, jeśli się dowie, że się nie integrujesz. – Kuba posłał atakującemu znaczące spojrzenie.
Sharone westchnął głęboko. Czy miał prawo odmówić? Zresztą po całym dniu pełnym wrażeń, czuł się potrzebuje się napić i odreagować. Choćby nawet przy wodzie z sokiem.
Poszli do pobliskiej restauracje, gdzie zamówili kolacje. Przez chwil rozmawiali o jakiś głupotach, ale gdy tylko kelner przyniósł napoje, środkowi postanowili zdradzić prawdziwe powody swoich działań.
– No, Shoe…. – zaczął Andrzej, odchylając się na krześle i zakładając ręce za głowę. – Czy nie chciałbyś nam o czymś powiedzieć.
Evans spojrzał na niego zaskoczony.
– Nie, niby dlaczego?
– Na pewno? – Wrona nie dawał za wygraną. – Nie poznałeś kogoś ostatnio? Kogoś… no nie wiem… wyjątkowego.
– Wszyscy jesteście wyjątkowi – rzucił bez namysłu Sharone, czując, że ta rozmowa zmierza w złym kierunku.
– Jezu, Shoe…! – jęknął z irytacją Kuba. – Chodzi nam o tę dziewczynę, która była wczoraj na meczu. Chcemy wiedzieć kim ona jest i co cię z nią łączy!
Kanadyjczyk zamarł zaskoczony. Oczywiście spodziewał się takiego pytania, ale teraz, gdy miał wszystko wytłumaczyć, czuł, że nagle totalnie ogłupiał. Nie do końca wiedział, co ma odpowiedzieć.
– No…. Ma na imię Asia – zaczął starannie ważąc każde słowo. – Poznałem ją kilka tygodni temu. I… kumplujemy się. Tylko tyle. – Wzruszył ramionami.
Środkowi wymienili znaczące spojrzenia.
– Tylko „kumplujecie” – Andrzej zakreślił w powietrzu niewidzialny cudzysłów.
– Yhm. – Evans poczuł, że czerwieni się mimowolnie.
– Ta, jasne… – przewrócił oczami Wrona. – Gdybyście się „tylko kumplowali”, to nie reagowałbyś na samą wzmiankę o niej tak gwałtownie.
– Reaguję gwałtownie?
Powinieneś popracować nad ukrywaniem emocji.
Sharone odetchnął głęboko. Spojrzał najpierw na Andrzeja, potem na Kubę, a następnie nieznacznie pokręcił głową i schował twarz w dłoniach.
– Chcecie wiedzieć coś więcej? – warknął, czując, że podnosi mu się ciśnienie.
– Hej, spokojnie, bez nerwów. – Kowalczyk uniósł rękę niczym sam Juliusz Cezar. – Chcemy tylko pomóc. Nie możesz zaprzeczyć, że ta dziewczyna po prostu ci się podoba. Każdy z nas przez to przechodził, chcemy tylko pomów.
– Serio? – Evans podniósł wzrok i uniósł pytająco brew. – Nie wydaje mi się, by wasze życie uczuciowe było jakoś specjalnie szczęśliwie ustabilizowane i pełne sukcesów.
– To szczegół. – Wrona lekceważąco machnął ręką. – Lepiej powiedz, jak to między wami w końcu jest?
– Nie wiem – odpowiedział szczerze Sharone. – Ja po prostu tego nie wiem.

***

Kiedy tylko Asia wróciła do mieszkania, została zalana pytaniami. Jej przyjaciółki koniecznie chciały wiedzieć, gdzie była, co robiła i jakim cudem wylądowała na SORze?!
Dziewczyna cierpliwie zdała relacje z całego dnia, mając nadzieję, że w ten sposób w końcu dadzą jej spokój. Niestety okazało się, że były to złudne nadzieje.
– Skoro w końcu wróciłaś, to możemy poinformować cię o pewnej bardzo, ale bardzo ważnej sprawie – zaczęła Jola, siadając w jednym z foteli, po tym, jak wcześniej zrzuciwszy z niego Jacka.
– Słucham uważnie. – Joasia westchnęła cicho i na wszelki wypadek wygodnie rozparła się na kanapie.
– Nigdy nie uwierzysz! – podekscytowana Sara nawet na chwilę nie zdecydowała się usiąść. – Znalazłam nam czwartego współlokatora!
– Współlokatora? – Asia uniosła pytająco brew. – Że niby osobnika płci męskiej?
– Dokładnie!
– Jak ty to sobie niby wyobrażasz? Przecież to będzie cokolwiek podejrzane?
– Niby dlaczego? – Sara popatrzyła ze zdziwieniem na koleżankę. – Przecież mam trzy sypialnie. W podwójnej jestem ja i Jole, w jednej klitce ty, a w drugiej będzie on. To zupełnie normalne, chyba nie boisz się, że dojdzie do czegoś… nieprzyzwoitego. – Sugestywnie poruszyła brwiami.
– Coś ty  – Jola prychnęła kpiąco. – Przecież ona ma tego swojego Sharone’a.
– Dajcie już spokój, dobrze – jęknęła Joasia. – To kiedy ten nasz współlokator się wprowadza?
W tym momencie rozbrzmiał dzwonek do drzwi. Sara uśmiechnęła się szeroko.
– Właśnie teraz.
Miała racje. Chwilę później w drzwiach do salonu stanął wysoki chłopak w okularach.
Na jego widok Asia zamarła. Od niedawna całkiem nieźle znała tę twarz.

– Radzio?



Po ponad miesiącu w końcu dodaje rozdział 6. Przepraszam za obsuwę, ale niestety totalnie nie miałam pomysłu, co tu może się znaleźć. W końcu coś wymyśliłam, ale z efektu jestem średnio zadowolona. Czekam na wasze opinię. 
Zaczęłam też coś nowego. Jeśli nie macie dość Evansa, lubicie też Wronę, Antigę lub Samika, albo po prostu chcecie poczytać historię z dużą ilością wątków, to zapraszam na https://neverbeluckyone.blogspot.com/
Pozdrawiam
Violin