niedziela, 31 grudnia 2017

Rozdział 3

Asia odetchnęła głęboko i mocniej zacisnęła palce na przewieszonej przez ramię torbie. Jeszcze raz sprawdziła w myślach, czy wszystko ma. Zestaw długopisów, zeszyt, mały laptop i ukochana czekolada orzechowa, musiały jej wystarczyć, by przetrwać pierwszy wykład z mechaniki płynów. W końcu przez ostatni tydzień wystarczało.
Strzepnęła z kurtki kłaczek czarnej sierści. Odkąd w mieszkaniu dziewczyn pojawił się Jack, nie było dnia, by nie wziął któregoś z ubrań młodych studentek za swoje legowisko. A że kociak był wyjątkowo kapryśny, to dość często zmieniał położenie i po krótkim czasie całe lokum pełne było jego sierści. Na szczęście zarówno Sara jak i Jola, szybko zaakceptowały nowego współlokatora, nie było też problemów z właścicielką mieszkania, więc teraz zwierzak miał nowy dom, pełną miskę i co najmniej dziesięć razy dziennie słyszał „Spadaj, kocie”.
Aśka spojrzała nerwowo na zegarek. Dochodziła siedemnasta, wykład miał się za dziesięć minut i potrwać półtorej godziny. Wedle skrupulatnych obliczeń dziewczyny, jeśli komunikacja miejsca zechce z nią współpracować, to powinna rzutem na taśmę zdążyć na mecz z Espadonem.
Oczywiście pod warunkiem, że po drodze nie potknie się o własne nogi lub też nie znajdzie kolejnego bezdomnego kota, któremu trzeba koniecznie pomóc.
Nerwowo przestąpiła z nogi na nogę. Miała dwa powody do zdenerwowania, a może nawet i trzy. Po pierwsze nowa uczelnia, w nowym mieście i pierwsze wykłady nadal napawały ją przerażenie. Po drugie miała złe przeczucia, co do wieczornego meczu i w duch modliła się, by okazały się błędne. Po trzecie, nadal nie miały czwartej współlokatorki, a to groziło mocno nadwyrężonym budżetem w pierwszym miesiącu.  
A dodatkowo jeszcze coś cały czas siedziało jej z tyłu głowy i nie chciało wyjść.
Cierpiętniczym wzrokiem spojrzała na drzwi od sali. W tym momencie nie miała specjalnie wyboru, mogła zająć się tylko jednym problemem na raz.
– Weź się w garść, Aśka, raz się żyje, co nie? – powiedziała sama do siebie, a potem wzięła głęboki oddech, nacisnęła klamkę i z dumnie podniesioną głową.
Nie przeczuwała, że doprowadzi to gwałtownego spotkania jej czoła z jakąś twardą powierzchnią.
– Co do  cholery…?
– Przepraszam, ja nie chciałem.
Tuż przed nią, jakby znikąd, pojawił się młody chłopak. Był trochę wyższy od dziewczyny, chudy jak szczapa, na głowie przydługie włosy w nijakich odcieniach brązu, a z nosa zsuwały mu się prostokątne, druciane okulary.
– Ja nie twierdzę, że chciałeś – mruknęła Asia, masując obolałe czoło. – Nie wielu ludzi specjalnie wybiera sobie mnie na worek treningowy, ale nienaturalnie dużo robi to niechcący.
Chłopak zaczerwienił się po same uszy i jeszcze raz wymamrotał przeprosiny.
– Kazali mi tylko sprawdzić, czy ktoś jeszcze czeka na zewnątrz – próbował się jakoś tłumaczyć.
– Jestem ja i na razie nikt więcej – odpowiedział, przepychając się w głąb sali. – Ale zaraz ktoś się może pojawić, takie spontaniczne wejścia na ostatnią chwilę są teraz w modzie – prychnęła śmiechem. – Ogólnie, to Asia, jestem.
– Radzio. – Niepewnie uścisnął dłoń dziewczyny.  – To znaczy, że chyba będziemy razem chodzić na te zajęcia, co nie? – Z zakłopotaniem podrapał się po głowie.
– Jak widać – przytaknęła. – I miejmy nadzieję, że jesteś dobrym towarzyszem na czas mąk i tortur na tym ziemskim padole, bo za siebie nie odpowiadam.
– Jakoś sobie poradzimy.
– Musimy.

***

Sharone trenował pod opieką Stephana Antigi od niespełna pół roku, ale całkiem nieźle wychodziło mu już odczytywanie jego emocji. Choć na pierwszy rzut oka Francuz wydawał się promienieć stoickim spokojem, to młody atakujący doskonale widział, że mężczyzna zaczyna się cokolwiek denerwować. Zresztą nic dziwnego, w końcu dostawali od Szczecina po tak zwanych czterech literach i nic nie wskazywało na to, że los meczu miałby się niespodziewanie odwrócić.
– Ale dostaniemy po głowie – mruknął pod nosem, rozciągający się obok Janek Firlej.
– Już dostajemy – zauważył Evans.
– Nie chodzi mi o mecz. – Pokręcił głową rozgrywający. – Zawsze znajdą się tacy, co nie pozostawią na nim suchej nitki – wskazał podbródkiem na Stephana. – Oczywiście, to drobnostka w porównaniu z tym, co działo się rok temu, ale i tak… ja bym chyba nie dał rady – wzdrygnął się mimowolnie.
Sharone przytaknął niepewnie. Nie bardzo rozumiał, o co koledze chodzi, bo nie zajmował się przeglądaniem polskich mediów, ale na razie wolał już więcej nie pytać i po prostu skupić się na meczu, bo, a nóż jeszcze wygrają?
Nie wygrali. Przegrali trzy do zera, a włosy Stephana rozprostowały się i oklapły już w połowie trzeciego seta. Choć wydawał się być całkowicie spokojny, to co bystrzejsi obserwatorzy mogli dostrzec, że  zdecydowanie nie tak wyobrażał sobie ten mecz.
Evans westchnął cicho. Jemu też ten wynik nie bardzo przypadł do gustu. Potoczył  wzrokiem po trybunach, mimowolnie szukając charakterystycznej fioletowej czapki. Nigdzie jej jednak nie zauważył.
– Za tobą – mruknął Firlej, nawet nie spoglądając na kolegę.
– Proszę?
– Dziewczyna. Jest. Za tobą. – Rozgrywając przewrócił oczami. – Odwróć się, do cholery.
Atakujący posłusznie wykonał polecenie i dopiero wtedy zauważył, że owszem Asia była na meczu, stała kilkanaście metrów dalej, przy barierkach, z tym samym zeszytem w dłoni, co wcześniej.
– Skąd wiedziałeś, kogo szukam? – mruknął nerwowo Sharone.
Janek tylko wzruszył ramionami.
– Intuicja, chłopie, intuicja. Zresztą ani ja, ani pozostali nie jesteśmy ślepi, po meczu z Katowicami dokładnie przeanalizowaliśmy całą sytuację.
– Nie rozumiem, o czym mówisz – stwierdził tępo Sharone.
– Jeszcze się przekonasz. – Janek poklepał kolegę po plecach, a potem odbiegł w stronę wołającego go Pawła Zagumnego.
Evans przełknął głośno ślinę. Teraz miał tylko dwa wyjścia. Albo niezauważony wycofa się powoli do szatni, albo uśmiechnie się szeroko i grzecznie pójdzie się przywitać.
„Odpowiedź jest chyba oczywista” – prychnęło jego serce i za nim mózg zdążył zaprotestować, Kanadyjczyk już szedł w kierunku trybun.
– Cześć. – Uśmiechnął się do dziewczyny, która podskoczyła nieznacznie, słysząc jego głos.
– O, hej. – Z zakłopotaniem odgarnęła za ucho zabłąkany kosmyk rudawych włosów. – Nie zbyt dobrze wam dzisiaj poszło.
– Zauważyłem – mruknął, opierając się o barierkę. – Nie fajnie, prawda?
Pokiwała głową, uśmiechając się krzywo.
– Będziecie musieli się postarać w następnych kolejkach odrabiać te punkty. Szczególnie, że z Będzinem też przegraliście.
– Zawsze tak wszystko analizujesz? – zaśmiał się.
– Mam ścisły umysł – wzruszyła ramionami. Spojrzał na nią, jak na wariatkę. – Mój mózg wszystko widzi po przez liczby i statystyki – zironizowała. – Lubię liczby, okej?
– Okej, okej! – Podniósł dłoń, uspokajając dziewczynę. – Czyli mecz ci się nie podobał?
– Nie.
– Przekażę chłopakom. Czy w ramach zadośćuczynienia mogę zaoferować kolejny autograf?
– Niech się zastanowię… – Asia w zamyśleniu podrapała się po głowie. – Samica na pewno i może… no nie wiem… Kwolek? Brizard? To przyszłościowe autografy.
– A mój nie byłby przyszłościowy?
„Zaraz, sekundę, czy ty z nią flirtujesz?” mózg włączył czerwony alarm. „Halo, halo! To nie jest normalne, rozsądne, bezpieczni i w ogóle, czy ty chcesz nas zabić?!”
„Nie, dlaczego?” odezwało się serce. „Ja tylko załatwiam nam przyszłość.”
„Że co, proszę?!”
„No wiesz, w końcu musimy sobie kogoś znaleźć. Ja już to widzę, a ty nie? Najpierw partnerka, potem dom, dzieci, labrador…”
„ Coś ty wczoraj wypił, serce?”
„Ja…”
– Hej, ziemia do Evansa!
Z zamyślenia wyrwała Sharone’ a, dłoń Joasi tuż przed nosem.
– Przepraszam, zamyśliłem się. Zaraz wrócę. – Uśmiechnął się przepraszająco, a potem zabrał Polce zeszyt i poszedł szukać kolegów. Ci, choć cokolwiek zdziwieni, to posłusznie podpisywali się w zeszycie.
– Tylko pamiętaj, że chcę być zaproszony na wesele – zaśmiał się na odchodne Samica, stawiając parafkę w odpowiednim miejscu.
Evans zaczerwienił się mimowolnie, zupełnie nie wiedząc, jak się zachować. Gdy wrócił do dziewczyny, ta akurat rozmawiała z kimś przez telefon. Chłopak grzecznie poczekał, aż Asia skończy i dopiero wtedy wręczył jej zeszyt.
– Jak zwykle bezproblemowo.
– Dzięki. – Studentka uśmiechnęła się szeroko, przecierając dłonią zmęczone oczy. – Przepraszam, ale muszę lecieć, Jack wymyślił, że zrobi sobie huśtawkę z firanek. Teraz będę musiała się tłumaczyć właścicielce, dlaczego jej zupełnie nowe, piękne cudeńka są całe w strzępach.
– I zrobił to z przetrąconą łapą?
– Nawe nie zdajesz sobie z tego, do czego koty są zdolne.
– Kiepsko. – Sharone spojrzał na nią z współczuciem.
– A żebyś wiedział – prychnęła. – Teraz mam godzinę żeby znaleźć najbliższą, łaskawie otwartą Ikee, kupić nowe firankę, wspiąć się na tę cholerną drabinę i je zawiesić. A mam lęk wysokości! Jeśli nie będzie mnie na następnym meczy, to znaczy, że odeszłam już do krainy wiecznej czekolady.
Atakujący zamrugał szybko. W jego głowie zaczął kiełkować jakiś pomysł. Mózg nieudolnie próbował go stłumić i zdeptać, ale serce w tym konkretnym organizmie miało większe prawa.
– Pomogę ci! – zawołał nagle. – Ja mogę wieszać firanki bez drabiny! – wyszczerzył się szeroko. – Daj mi tylko dwadzieścia minut na ogarnięcie się, jakoś przekonam Stephana, by wypuścił mnie wcześniej i…
– Ja nie mam dwudziestu minut – zgasiła go szybko Aśka. – Ale wiesz co… – Zmierzyła go spojrzeniem. – Przy wieszaniu mógłbyś się przydać. Jak się ogarniesz, to wpadnij pod ten adres. – Wyrwała z zeszyt kartkę i nabazgrała coś na niej. – Wpisz go w Google Map, albo coś takiego. Postaram się wcześniej załatwić te firanki. Jakby mnie jeszcze nie było, to powołaj się na Stephana Antigę. Wierz mi, zadziała.
– Czyli się zgadzasz? – Sharone spojrzał na nią z niedowierzaniem.
Roześmiała się głośno.
– Tylko schyl się przy wchodzeniu. Mamy niską framugę – powiedziała jeszcze, a potem odbiegła, skacząc wesoło, jak wesoły, wielkanocny króliczek na haju.


– A może bliżej jej do elfa świętego Mikołaja – mruknął Evans. – Albo wróżki zębuszki. – Pokręcił gwałtownie głową i odwrócił się, by wrócić do szatni. – Chyba zaczynam bredzić. Lepiej pójdę wziąć prysznic.


Z jednodniowym opóźnieniem, ale dodaje kolejny rozdział. Akcja spokojnie sobie idzie do przodu, co myślicie o takim obrocie spraw? Mam nadzieje, że na Nowy Rok każdy, kto zaczął tu zaglądać zostawi choć krótki ślad. 
Pozdrawiam i wszystkiego dobrego w Nowym Roku. 
Violin

sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 2

Drzwi do mieszkania otworzyła powoli, starając się udawać ducha. Na niewiele się to zdało, bo wystarczyło, że przekroczyła próg, a z kuchni już wyłoniły się dwie głowy, niewątpliwie żeńskie.
– Wróciłaś? – zapytała Sara, oblizując łyżeczkę z polewy czekoladowej i nieudolnie starając się nie obkleić sobie nią długiego, czarnego warkocza.
– A wychodziłam? – zakpiła Asia. – Oczywiście, że wróciłam. I to nawet z dobrymi nowinami.
– Z dobrymi nowinami? – Jola uniosła pytająco brew. – Powiedz, że znalazłaś nam współlokatorkę, błagam, bo ja sama z nią nie wytrzymam! – Z wyrzutem spojrzała na Sarę.
– No co? Przecież wcale nie zniszczyłam dzisiaj miksera – Dziewczyna uśmiechnęła się niewinnie.
Aśka tylko westchnęła z zrezygnowaniem. Już gdy zdecydowały z koleżankami na wyjazd do Warszawy, wiedziała, że musi się przygotować na wybuchy, pożary i inne destrukcyjne zdolności przyjaciółki.
– Można powiedzieć, że znalazłam – zaczęła ostrożnie. – Ale nie współlokatorkę, a współlokatora. Dziewczyny będziemy miały kota.
– No nie, powiedz, że żartujesz – jęknęła Jola, przeczesują ręką krótko ścięte, brązowe włosy. – Kota jej się zachciało, kota! Jesteśmy w tej cholernej Warszawie od tygodnie, ja się jeszcze w drodze do własnego mieszkania gubię, nadal nie wiem, jakie żarówki musimy dokupić, jak nie znajdziemy czwartej dziewczyny, to się z czynszem nie wyrobimy, a tej kota się zachciało! Z kim ja żyje… – z rozpaczą oparła się o ścianę.
– Na moim miejscu zrobiłabyś to samo – próbowała tłumaczyć się Joasia. – Leżał taki biedny, z przetrąconą łapką, musiałam mu pomóc.
– Ale dlaczego od razy przygarniać?!
– A dlaczego nie?
– No właśnie – dziewczynę poparła Sara. – Fajnie będzie!
– Fajnie? Z kotem? Małym? – Jola spojrzała na nią, jak na wariatkę. – Miałyśmy być dorosłe i odpowiedzialne. W naszej sytuacji, to nie jest ani dorosłe, ani odpowiedzialne.
– Daj spokój. – Asia machnęła lekceważąco ręką. – Kot kotem, ale w pakiecie z dobrym sercem dostałam coś jeszcze – uśmiechnęła chytrze. – Nie uwierzycie kogo spotkałam.
– Jeśli mi powiesz, że tego całego Antigę, to zacznę wierzyć w magię Warszawy – prychnęła Jola.
– Nie do końca, ale było blisko. Ale powiem wam, że jednego już jestem pewna. Przyjazd tutaj, to był  najlepszy pomysł w moim życiu.

***

Znacie to uczucie, gdy wydaje wam się, że coś jest nie tak, choć wokół świeci słońce, ptaszki śpiewają i panuje względny spokój na świecie? Gdy wszyscy powtarzają, jak jest wspaniale, a ty masz wrażenie, że armia szkockich wojowników w spódniczkach zaraz zmasakruje twoje wnętrzności.
Sharone znał to uczucie doskonale. Siedząc w szatni przed meczem z Katowicami, nie czuł zwykłego stresu – czuł się tak, jakby od jednego jego ruchu zależało byś albo nie być całej planety.
„To przez tę dziewczynę” odezwało się jego serce. „Przyznaj, że nie możesz wyrzucić  jej z głowy. Jakie to urocze!”
„Nie prychnął” do akcji wkroczył mózg. „To nie jest brazylijska telenowela, nikt tu się nie zakochuje od pierwszego wejrzenia.”
„A niby dlaczego nie? Nie wierzysz w bajki?”
„Ani trochę.”
„Zimny drań!”
„Idiota!”
„Sadysta!”
– Przymknijcie się! – warknął Evans.
W tym momencie w szatni zapadła cisza. Wzrok wszystkich siatkarzy spoczął na młodym atakującym.
– Co? – Chłopak nie od razu załapał, dlaczego znalazł się w centrum uwagi. – A… Nie, to nie był do was, przepraszam – uśmiechnął się z zakłopotaniem.
Pozostali chyba przyjęli to tłumaczenie, bo tylko wzruszyli ramionami wrócili do swoich zajęć, jak widać święcie przekonani, że każdemu zdarza się słyszeć głosy w głowie.
Sharone westchnął cicho. Wiedział, że coś w tym jest. Asia siedziała w jego umyśle, śmiała się głośno i wesoło machała nogami. Oczywiście nie cały czas. Pojawiała się zupełnie znienacka, czasami w najmniej odpowiednim momencie. Na przykład tego dnia rano, gdy próbował zrobić sobie jajecznice, nie puszczając od razu całego bloku z dymem…
Udało mu się tylko połowicznie. Dziewczyna pojawiła się zupełnie nagle, gdy akurat próbował wyczyścić spaloną patelnię. Gdzieś między jednym skrawkiem spalenizny, a drugim jego podświadomość zaczęła analizować wzór na szaliku Asi.
Tego dnia zadowolił się kanapkami.
Zatopiony w własnych rozmyślaniach, nawet nie zauważył, jak wyszli na boisko. Choć był niesamowicie ambitny, to tego dnia jego mózg wyraźnie powiedział, że to jednak dobrze, że zostanie w kwadracie.  Bo co by było, gdyby akurat w czasie bardzo ważnego wyskoku do ataku, mimowolnie stwierdził, że zacznie zastanawiać się nad istotą egzystencji lodów pistacjowych. Tego mogliby mu koledzy nie wybaczyć.
Dlatego też wolał skupić się na klaskaniu i dopingowaniu kolegów. Chyba się w tej roli sprawdzał, bo po cokolwiek tragicznym pierwszym secie, bardzo ładnie wygrali z Katowicami trzy do zera.
– No i jak ci się podoba w Warszawie, Sharone? – zapytał wesoło Damian Wojtaszek, wypadając z grupowego kółeczka radości.
– Na razie jest super! – roześmiał się Evans, starając się przekrzyczeć ogólny gwar. – Naprawdę super!
– To dobrze – Libero wyszczerzył się głupkowato. – Kogoś fajnego już poznałeś?
– Proszę? – Kanadyjczyk cokolwiek zgłupiał.
– No przecież nie przesiedział ostatnich dni sam, jak palec, co nie? Oprócz z nami, to gdzieś tam jeszcze pochodziłeś, pozwiedzałeś.
– Ja... – Chciał jakoś inteligentnie odpowiedzieć, ale w tym momencie w zasięgu jego wzroku pojawił się charakterystyczny zielony berecik.
Zastygł bez ruchu. O cholera…
„To ona, stary, ona!” jego serce zaczęło kręcić fikołki i tańczyć kankana.
„I co z tego?” mózg, gdyby oczywiście mógł, z irytacją przewróciłby neuronami.
„A, przymknij się!” serce postanowiło przejąć kontrolę. Wyłączyło racjonalne myślenie i za nim Sharone zdążył się zorientować, już szedł w kierunku barierek.
– Nie mówiłaś, że chodzisz na mecze – wychrypiał, zupełnie niekulturalnie, bez żadnego przywitania, gdy tylko stanął na wprost dziewczyny. Teraz mógł jej spojrzeć prosto w oczy, bo ich głowy znalazły się na tym samym poziomie.
– Bo nie pytałeś – odpowiedziała szczerze Asia. Miała na sobie tę samą czapkę i płaszcz, co wcześniej, ale zamiast kolorowego szalika, ubrała granatowy, warszawski z logiem Onico.
– Ale… to znaczy, że od samego początku wiedziałaś kim jestem? – Jego połączenia nerwowe zaczęły w końcu analizować sytuację.
– Oczywiście. I to bardzo dobrze.
– Co?
Nie odpowiedziała. Zapadła niezręczna cisza. Przełknął głośno ślinę. Jego wzrok spoczął na trzymanym przez nią zeszycie.
– Czekasz na kogoś konkretnego? – zapytał nagle.
Dziewczyna zaczerwieniła się zmieszana i mruknęła coś pod nosem.
– Proszę?
– Na Antigę – odpowiedziała cicho, nerwowo spuszczając wzrok.
Sharone uniósł pytająco brew, ale bez słowa wyjął Polce z rąk zeszyt, a potem po prostu odwrócił się i poszedł do swojego trenera.
– Stephane, podpisałbyś się? –zapytał, podsuwając Francuzowi pod nos notes.
– Co? – Mężczyzna oderwał wzrok od przeglądanych statystyk. – Ah, tak, oczywiście. – Antiga bez zbędnych formalności postawił parafkę w wskazanym miejscu, a potem powrócił do pracy.
Zadowolony z wykonanej misji Evans wrócił do Asi.
– Proszę bardzo, zadanie wykonane – uśmiechnął się od ucha do ucha, oddając jej zeszyt. – Stephane jeszcze coś tam przy papierach robi, w życiu byś się na niego nie doczekała.
– Dziękuję, nie musiałeś – mruknęła, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć.
„No i widzisz, co zrobiłeś!?” mózg chłopak jakimś cudem odkrył, jak się z powrotem uruchomić. „Wprawiłeś biedną dziewczynę w zakłopotanie! I co ona sobie niby teraz pomyśli!
„Że ma do czynienia z miłym, pomocnym facetem” odpyskowało szczerze serce. „A zresztą, co cię to obchodzi? Zajmij się lepiej oddychaniem, czy co to tam robisz.”
– Ale chciałem – odpowiedział atakujący, ignorując przekrzykiwania swoich narządów. – To dla mnie naprawdę żaden kłopot.
– Niech będzie, ja… – przełknęła nerwowo ślinę. – Dzięki jeszcze raz, ale muszę już iść. Zobaczymy się na następnym meczu! – pomachała mu jeszcze wesoło, a potem odwróciła się i odbiegła, nie dając powiedzieć chłopakowi nawet słowa.
A Sharone znów został zupełnie sam.
No może nie do końca sam – nadal przecież miał swoje serce i mózg!

***

Stephane Antiga doszedł do wniosku, że coś jest nie tak po całych dziesięciu długich sekundach. Dopiero wtedy zorientował się, że właśnie podpisał jakąś kartkę papieru i nie był pewny, czy przypadkiem nie był to akt własności farmy waleni błękitnych.
– Andrzej, co ja właśnie podpisałem? – zapytał głupio, rozciągającego się obok Wronę.
– Nic, autograf tylko dałeś – wzruszył ramionami środkowy. – Sharone wziął zeszyt jakiejś dziewczyny i to dla niej niby miało być. Dziwne, co nie? Tydzień w Polsce jest, a już dziewczyny wyrywa! Z tym to chyba trzeba się urodzić, dlaczego ja takiego szczęścia nie mam?! – Burknął, krzyżując ręce na piersi niczym obrażone dziecko.
Antiga prychnął śmiechem i pokręcił głową z udawaną dezaprobatą. Doskonale wiedział, że raczej nie chodziło tu o „wyrywanie”, ale rozumiał siatkarza. Podniósł wzrok, a jego spojrzenie spoczęło na stojącym przy barierkach Evansie. Atakujący wyglądał jakby go zmroziło, ogłupiałym wzrokiem wpatrywał się w jeden punkt.
Stephane doskonale wiedział, co to oznacza. Ponad dwadzieścia pięć lat wcześniej miał okazję przybrać równie idiotyczną pozę.

– Oj będzie ciekawie – mruknął pod nosem, wracają do swoich papierów. – Będzie ciekawie


Po dłuższej przerwie przedstawiam wam rozdział drugi. W końcu zabrałam się do pisania po wczorajszym bardzo udanym polowaniu na autografy podczas Meczu Gwiazd. Z drugiej jednak strony trochę szkoda, że mimo ładnych statystyk odwiedzin nie ma żadnego komentarza :(
Mam jednak nadzieję, że rozdział się podobał. Zapraszam też na pozostałe blogi. 
Pozdrawiam
Violin

czwartek, 23 listopada 2017

Rozdział 1

Gdyby Sharone wcześniej wiedział, że po raz kolejny pomyli przystanki, to jednak skorzystałby z zawoalowanych sugestii chłopaków i ściągnął tę cholerną aplikację albo przynajmniej skorzystał z Google Maps. On jednak stwierdził, że skoro jest już w Polsce ponad tydzień, to doskonale wie, gdzie mieszka i nie może się zgubić. Jak się potem okazało, zgubić może i się nie zgubił, ale za to musiał pomylić nazwy i wysiadł dla przystanki za wcześnie. Kolejny autobus miał niestety dopiero za godzinę, więc po rozważeniu wszystkich za i przeciw, postanowił wyruszyć w drogę do mieszkania na piechotę. Na szczęście było jeszcze w miarę ciepło ( o ile dwanaście stopni można uznać za ciepło), więc nawet jego leniwa część podświadomości uznała, że taki spacerek dobrze mu zrobi – dotleni się i będzie potem spał jak dziecko, a właśnie tego potrzebował po ciężkim treningu.
W tamtym momencie nie miał jeszcze pojęcia, że z tych jego planów, to niewiele wyjdzie.
Idąc oświetlonym ulicznymi lataniami chodnikiem, zupełnie nie zwracał uwagi na to, co się dzieje wokół, był pochłonięty własnymi myślami. Już wcześniej Stephane zapewniał go, że ta konkretna dzielnica na pewno zależy do jednych z najbezpieczniejszych w mieście, a i sam atakujący przekonał się w ostatnich dniach, że raczej nikt mu nie przyłoży za samą obecność, czy bardziej, czego po cichu obawiał się znający realia Antiga, za kolor skóry. Dlatego też teraz szedł sobie spokojnie z słuchawkami na uszach, pogwizdując wesoło i już planując, co zrobi następnego dnia.
Nagle jednak coś przykuło jego uwagę. Jackieś dwadzieścia metrów przed nim, tuż przy ziemi, kucała młoda dziewczyna. Miała na sobie jasny płaszcz, fioletowy berecik, a rękę wyciągała w kierunku ściany najbliższej kamienicy, jakby o coś ją prosiła. Wyglądała przy tym cokolwiek strasznie, a już na pewno dziwnie i gdyby nie wrodzony instynkt Sharona, który często popychał go ku dziwnych decyzji ( patrz czekoladowy zakład w latach wczesno szkolnych. Ale do tego jeszcze wrócimy.), chłopak zapewne ominąłby nieznajomą szerokim łukiem.
Ale z instynktem się nie dyskutuje.
– Przepraszam, czy coś się stało? – zapytał grzecznie, podchodząc bliżej, a dokładnie na odległość pięćdziesięciu pięciu centymetrów, tak, jak uczyła go babcia.
A babcia przykładała dużą uwagę do tego, by wychować swojego wnuka na prawdziwego dżentelmena.
– Cicho! – Dziewczyna machnęła ręką z irytacją, nawet nie patrząc na siatkarza. – No choć tu kotku, choć, nic ci nie zrobię. – Jeszcze bardziej wyciągnęła drugą dłoń. – Nie bój się, chcę ci pomóc.
Evans ze zdziwieniem potoczył wzrokiem za jej ręką i dopiero teraz dostrzegł siedzącego pod murkiem maleńkiego, czarnego kociaka, a także kawałek szynki, który leżał na chodniku.
– Nie wiem, czy to coś da – mruknął, gdy zorientował się w końcu w sytuacji, choć na kotach to się specjalnie nie znał.
– Musi – odpowiedział wściekle dziewczyna. – Jack ma przetrąconą łapę, musi go obejrzeć weterynarz. Teraz. Natychmiast.
– Jack?
– Tak go nazwałam. Trzy minuty przed tym jak podszedłeś i go wystraszyłeś – warknęła. – Idź sobie. Chyba, że chcesz się do czegoś przydać? – zapytała nagle.
– Tak… znaczy się… A mogę? – Siatkarz niepewnie przełknął ślinę i z zakłopotaniem podrapał się po głowie.
Nieznajoma dopiero teraz uraczyła go świdrującym wzrokiem. Przez kilka sekund Sharone miał wrażenie, że spojrzenie jej niebieskich oczu dosłownie wypala mu wnętrzności.
– Masz tam coś, czego nie wypierzesz? – wskazała głową na treningową torbę chłopaka.
– No nie, chyba nie – odpowiedział automatycznie.
– W takim razie oddawaj.
Evans spojrzał na nią z niedowierzeniem, ale posłusznie zsunął torbę z ramienia. Jego mózg krzyczał głośno, że kompletnie zwariował i co on sobie w ogóle wyobraża, oddając swoją torbę zupełnie obcej dziewczynie, ale siatkarz zignorował to. Pod wpływem spojrzenia jej oczy, jego zdolność racjonalnej oceny stanu rzeczy zrobiła sobie urlop i poleciała na Karaiby. Chociaż prawda była taka, że było spojrzenie cokolwiek mordercze. Ale co on miał poradzić na to, że najpierw robił, a potem myślał.
W tym samym czasie, w którym on toczył wewnętrzną walkę z samym sobą, nieznajoma zdążyła wyjąć jedną z jego nowiutkich zawodniczych koszulek, po czym zaczęła powoli iść w kierunku kociaka, trzymając ją rozłożoną niczym sieć rybacką.
– Spokojnie, Jack, nic ci nie zrobię, spokojnie – powtarzała jak mantrę. Jack jednak miał inne zdanie na ten temat. Z każdym kolejnym krokiem dziewczyny, futrzak cofał się coraz bardziej, miaucząc cichutko. Pewnie w normalnych warunkach wziąłby nogi za pas i po prostu uciekł ( Evans doskonale go rozumiał), ale teraz, z niesprawną łapką, mógł tylko nieudolnie pełzać do tyłu, aż do momentu, gdy dotarł pod ścianę.
Właśnie wtedy dziewczyna skorzystała z okazji i szybko, ale ostrożnie, przez koszulę, wzięła kota na ręce, a potem wsadziła do torby Sharona.
– A teraz zaniesiemy cię do najbliższej przychodni, gdzie porządnie się tobą zajmą, prawda? – powiedziała, jak do małego dziecka.
– Zaraz, sekundę, gdzie idziesz? – Dopiero teraz siatkarz w końcu wrócił do żywych.
– Za rogiem jest klinika weterynaryjna, gdzie niby indziej? – odparła rezolutnie dziewczyna, ruszając przed siebie. – Jak chcesz odzyskać torbę, to choć z nami.
Evans nie miał wyboru. Poszedł za dziewczyną, choć nadal nic o niej nie wiedział, była zupełnie obca i równie dobrze mogła go zwabić w jakiś zaułek, a potem przyłożyć w łeb i okraść. Podświadomość podpowiadała mu jednak, że jeśli ktoś ratuje małe, bezbronne kotki, to nie może być taki zły.
Na szczęście nie było żadnego zaułka, a niewielki gabinet weterynaryjny, tak jak mówiła nieznajoma. Dziewczyna pchnęła przeszklone drzwi i obydwoje weszli do chłodnego holu. Olejna farba na ścianach, kilka plastikowych krzeseł i totalny brak istoty żywej. Oczywiście wielkoduszna wybawicielka futrzaków nawet nie zwróciła na to uwagi. Po prostu podeszła do pierwszych drzwi z lewej, zapukała, a gdy usłyszała donośne „proszę”, weszła do środka, z hukiem zatrzaskując za sobą drzwi.
I zostawiając Sharona zupełnie samego.
W holu totalnie obcego gabinetu weterynaryjnego, w totalnie obcym kraju.
Bez jego torby.
I portfela.
Który oczywiście musiał w tej torbie zostać.
Cholera.
Z zrezygnowaniem opadł na jedno z krzeseł. Jakoś nie docierało do niego, co właśnie się stało. Zdarzenia z ostatnich kilku chwil były tak totalnie absurdalne, że gdyby nie przeżył ich na własnej skórze, w życiu by nie uwierzył.
– Podsumowując – wziął głęboki oddech, starając się jakoś ogarnąć szalejące myśli. – Spotkałeś na ulicy jakąś totalnie przypadkową dziewczynę, która chciała ratować biednego kotka. Okej, to szlachetne, wspaniałe itp. Tylko, że potem straciłeś torbę. Znaczy zgodziłeś się na to, by wsadziła tam swojego kota! Znaczy tego znalezionego! I zrobiłeś to bez chwili wahania! Bez zastanowienia! Głupek, kompletny głupek! – Uderzył się otwartą dłonią w czoło. Jego mózg wyrażał głośno swoją rację, ale głupie serce także postanowiło zabrać głos.
– Ale z drugiej strony – zamyślił się. – Po prostu pomogłeś dziewczynie, nie zrobiłeś nic złego, zachowałeś się jak porządny człowiek. A do tego ta dziewczyna, to całkiem ład….
W tym momencie drzwi znów otworzyły się z hukiem i w korytarzu pojawiła się nieznajoma. Zarazem serce jak i mózg Sharona, postanowiły zgodnie zarządzić strajk, zostawiając go na pastwę losu.
– Nadal tu jesteś? – zapytała szczerze zdziwiona.
– Ja… – Sharone poderwał się gwałtownie z krzesła, prawie je przewracając. – No wiesz… moja torba…
– Torba? Ah, tak, sorry, zapomniałam. Proszę – Uśmiechnęła się przepraszająco, wręczając siatkarzowi jego własność. – I… przepraszam za to, że byłam wcześniej taka… no nie wiem… niemiła? Przy kotach trochę mi odbija.
– Spoko – Evans tylko wzruszył ramionami. Nie potrafił wykrzesać w sobie ani krzty negatywnych emocji w stosunku do tej dziewczyny. A już na pewno nie teraz, kiedy zauważył jej duże niebieskie oczy, patrzące na świat z wręcz niepoprawną ufnością i te delikatne usta, który cały czas układały się w uroczy, nieśmiały uśmiech. Z zarumienionymi od emocji policzkami i złoto rudymi włosami, które lekko opadały na ramiona, przypominała jedną z tych porcelanowych laleczek, które babcia atakującego trzymała na kominku.
– Ogólnie to… Joasia jestem – przedstawiła się dziewczyna, odchrząkając nerwowo i przerywając w ten sposób niezręczną ciszę. – Ewentualnie Asia. Ale na pewno nie Joanna – wzdrygnęła się mimowolnie. – Jeśli mnie tak nazwiesz, to osobiście urwę ci łeb.
– Sharone, ja jestem Sharone. – Chłopak nerwowo przełknął ślinę.
– Miło cię poznać, Sharone. – Polka uśmiechnęła się szeroko, a Evans miał wrażenie, że dziwne ciepło rozlewa po całym jego ciele.  – I jeszcze raz wielkie dzięki, za pożyczenie torby. Bez niej byłoby trochę trudno.
– Żaden problem. Koty zawsze spoko, co nie? – zaśmiał się niezręcznie. „Idiota, nic mądrzejszego powiedzieć nie mogłeś?”, skarcił go mózg. –A w ogóle, to co z Jackiem?
– Jest dobrze, na szczęście naprawią go – westchnęła Asia, odgarniając z czoła zabłąkany kosmyk włosów. – Zostawiam go na noc tutaj. W tym czasie muszę wyposażyć się w kocią wyprawkę i przekonać moje współlokatorki, że kot w mieszkaniu dobrze nam zrobi. Bo co za różnica, jedna gęba w tę czy we w te – prychnęła z irytacją. – A propos mieszkania…  – zerknęła na tkwiący na nadgarstku różowy zegarek. – Chyba muszę już iść.
– Odprowadzę cię! – zaproponował spontanicznie Sharone, co oczywiście spotkało się z głośnym protestem mózgu. „Co ty do ciężkiej cholery odwalasz?” pienił się jego osobisty zwój neuronów wszelakich. „ Zwariowałeś, totalnie oszalałeś! Przecież ty ją ledwie znasz, chłopie! To podpada pod narzucanie się, molestowanie czy jakieś inne „anie”! Robisz z siebie głupka!”
– Naprawdę? – Dziewczyna uniosła ze zdziwieniem brew.
– No… jest już ciemno… i w ogóle pomyślałem, że może… Znaczy jeśli nie chcesz, to nie nalegam… – zaczął się nieudolnie tłumaczyć, a jego mózg sięgnął po ziołową herbatkę.
– Wiesz, to bardzo miłe. – „Cholerny uśmiech!” – Tylko, że mieszkam dość daleko. Ale możesz  mnie odprowadzić na przystanek jeśli chcesz.
– Jak najbardziej. – „Przymknij się mózg” serce skorzystało z okazji i spacyfikowało mózg. Ba, Sharone od razu rzucił się do drzwi i otworzył je przed nowo poznaną koleżanką, niczym najprawdziwszy dżentelmen. Babcia byłaby z niego dumna. – A ogólnie to… bardzo dobrze mówisz po angielsku – nieudolnie zaczął rozmowę, gdy już we dwoje szli ulicami Warszawy.
– Dziękuję – dziewczyna zarumieniła się nieznacznie, a potem wzdrygnęła mimowolnie, gdy jej ciało przeszył zimny, październikowy wiatr. – A ty chyba po polsku nie bardzo, co? – zpaytała.
– Jestem tu od niespełna tygodnia. Nie miałem za bardzo kiedy się nauczyć – odpowiedział, jednocześnie w myślach wyrzucając sobie, że miał na sobie jedynie klubową bluzę, którą nie bardzo miał się jak podzielić. – Gram tu w siatkę.
– Domyśliłam się. Wszędzie masz logo Onico Warszawy.
– Znasz nas lepiej? – Zdziwił się Evans. Zdążył się już zorientować, że siatka w Polsce, choć nie wątpliwie popularniejsza niż w innych krajach, raczej nie należała do tych super rozpoznawalnych sportów.
– Kojarzę – Ku jego jeszcze większemu zdziwieniu, Joasia zmieszała się dziwnie, jakby to było coś wstydliwego. Od razy zmieniła też temat i zaczęła nawijać jak katarynka, z prędkością dotychczas przez Kanadyjczyka niespotykaną. – Skoro jesteś w Warszawie od niedawna, to pewnie jeszcze jej zbyt dobrze nie znasz, prawda? Ja zresztą też, nie jestem stąd, dopiero zaczęłam studia. Ale moja koleżanka twierdzi, że tu niedaleko jest taka super lodziarnia! Mają podobno genialne lody czekoladowe. I truskawkowe. I pistacjowe! Kurczę, kocham lody pistacjowe! I ogólnie pistacje! A ty? O, to mój autobus, przepraszam, muszę lecieć! – Pomachała mu wesoło i za nim Sharone zdążył powiedzieć choćby słowo, ona wsiadła do autobusu i odjechała bez słowa pożegnania.
A on stał zupełnie sam na tym cholernym przystanku. Zupełnie sam z torbą w kociej sierści i totalnym mętlikiem w głowie.

– Pistacje są spoko. – Tylko tyle wydukał po chwili. 


Cześ, hej i czołem! Przedstawiam wam, nielicznym jak na razie czytelnikom rozdział pierwszy. Powiem szczerze, że miałam niezły ubaw, gdy go pisałam, bo chyba z dziesięć razy zmieniała koncepcje. W każdym razie mam nadzieję, że się podobał i czekam z zniecierpliwieniem na wasze opinie ( tak ze dwa komentarze by się przydały, co nie?). 
W każdym razie ode mnie to prawie tyle. Prawie, bo chcę was także zaprosić na moje pozostałe dwa blogi ( zakładka Moje opowiadania), szczególnie na I że cię nie opuszczę aż do śmierci... gdzie główną rolę odgrywa uwielbiany przeze mnie Stephane Antiga. 
To tyle. 
Pozdrawiam 
Violin
Ps. Zakładka Wasze blogi też jest w użyciu!

sobota, 18 listopada 2017

Prolog

Konduktor zagwizdał, a pociąg ruszył powoli ze stacji. Joasia odprowadziła go tępym wzrokiem. Piętnaście minut – tyle stała już na peronie drugim dworca Warszawa Centralna. Piętnaście minut – tyle minęła od momentu, gdy zakończyła się jej podróż z Krakowa. Dokładnie piętnaście minut – tyle trwało już jej nowe życie.
Przełknęła głośno ślinę i mocniej ścisnęła rączkę waliki. Przecież obiecała sobie, że nie będzie panikować, prawda? Zresztą dlaczego miałaby to robić? W końcu znalazła się w miejscu, o którym marzyła, w miejscu, które miało otworzyć drzwi do jej świetlanej przyszłości. Powinna się cieszyć.
A jednak było inaczej. Miała dziewiętnaście lat, a czuła się jak siedmiolatek, który właśnie zaczyna pierwszy dzień w szkole. Była zagubionym dzieckiem w zupełnie nowej, obcej rzeczywistości.
– Weź się w garść, Aśka – Zirytowana przeczesała dłonią rudawo-złote włosy i poprawiła, zsuwającą się na czoło fioletową czapkę. – Nikt tego za ciebie nie zrobi.  
Wzięła głęboki wdech, a potem odwróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie pewnym krokiem. Pokonała kolejne schody i korytarze, aż w końcu znalazła się w samym centrum oświetlonej październikowym słońcem Warszawy.
I właśnie wtedy, gdy w końcu dotarło do niej gdzie jest, co się właśnie dzieje, zrozumiała, że zaczyna się coś niezwykłego.
Zrozumiała, że właśnie zaczyna nowe, wspaniałe życie.
– Geromimo!

***

Walizka Sharona od dziesięciu minut krążyła na taśmie w hali przylotów, a chłopak stał tylko i wpatrywał się w nią jak głupi. Jakoś nie bardzo rozumiał, co dzieje. Miał zaledwie dziewiętnaście lat i właśnie przyleciał do Warszawy, ale nie jako turysta, ale jako nowy atakując miejscowego zespołu, a także brązowy medalista Ligi Światowej i mistrzostw NORCEA.
To brzmiało, jak materiał na niezły film.
Ale to nie był film. To było życie. Sam nie w to nie wierzył, ale taka była prawda. Jeszcze rok wcześniej jako przerażona chłopaczyna zaczynał kolejny rok w ośrodku treningowym Kanadyjskich siatkarzy, a teraz miał nagle grać w jednej z najlepszych lig na świecie! To brzmiało równie absurdalnie, co aligator w stroju baletnicy na rowerze.
Przełknął głośno ślinę i w końcu zdobył się na odwagę, by zdjąć walizkę z taśmy. Kiedy to zrobił zdał sobie sprawę, że nie ma już odwrotu. Teraz musiał wyjść z terminalu i zderzyć się z rzeczywistością.
Wziął głęboki oddech.
– Raz się żyje chłopie.

A potem ruszył przed siebie. 


Mam wielką przyjemność przedstawić wam prolog zupełnie nowej historii. Jest chyba to chyba pierwsze opowiadanie w siatkarskiej blogsferze z Evansem w roli głównej, więc mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu. 
Pozdrawiam i zapraszam na moje pozostałe blogi. 
Violin